• Porządek mszy

    Niedziela:
    5:15, 7:00, 8:30, 10:00, 10:00 (Brzeziny), 11:30, 17:00

    Dni powszednie:
    6:00, 8:00, 18:30

    Msze dodatkowe w tygodniu:
    W pierwszy piątek: godz. 17.00
    W trzecią środę:  godz. 15.00
    W trzeci piątek:  godz. 15.00

  • Adoracja Najświętszego Sakramentu
    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    Od poniedziałku do piątku

    od 8:30 do 18:30

     

  • Spowiedź

    Spowiedź

    codziennie pół godziny przed mszą świętą
    (z wyjątkiem mszy o godz. 6.00 i mszy dodatkowych, w sobotę spowiedź od godz. 8.00)


    W niedziele i świętą nie spowiadamy podczas mszy świętych.

     

    Stały konfesjonał

    od poniedziałku do piątku od 8.00 do 12.00
    (w lipcu i sierpniu od 8.00 do 10.00)

     

  • Odwiedziny chorych

    Odwiedziny chorych odbywają się w pierwszy piątek miesiąca od godz. 9.00.

    Chorych, którzy pierwszy raz chcą odwiedzin, należy zgłosić bezpośrednio u proboszcza, wikarych lub w biurze parafialnym.

  • Biuro parafialne
    Poniedziałek:  Nieczynne
    Wtorek: 16.00-17.30
    Środa: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Czwartek: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Piątek: 8.30-9.00
    Sobota: Nieczynne

    Furta klasztorna:

    Poniedziałek - Piątek:   8:00-12:00 i 14:00-17:00
    Sobota: 8:00-12:00

  • Ochrona danych osobowych w Kościele

    W związku z wejściem w życie 25 maja 2018r. nowych wytycznych dotyczących ochrony danych osobowych (RODO) odnoszących się także do Kościoła Katolickiego zapraszamy do zapoznania się z niektórymi aspektami praktycznymi.

A A A
TAM SIĘ PRZEMIENIŁ WOBEC NICH

Wielki Post to czas, w którym chcemy przygotować się do jak najgłębszego przeżywania Męki Pańskiej, aby następnie jak najowocniej doświadczyć radości Zmartwychwstania. Chcemy w ten sposób naśladować niejako drogę uczniów Pana Jezusa, o której opowiadają nam Ewangelie święte. Uczniowie doświadczali cudów i innych przejawów mocy Zbawiciela. W międzyczasie jednak z Jego własnych ust raz po raz słyszeli zapowiedzi o mającej nadejść Jego męce i śmierci. Te zapowiedzi bardzo ich zatrważały i jakby nie dochodziło do nich inne zapewnienie Pana Jezusa: to mianowicie, że po strasznych dniach cierpienia i śmierci, zajaśnieje jutrzenka zmartwychwstania. Dlatego: "Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką" (Mk 9,2). Na tej górze uczniowie ujrzeli chwałę Chrystusa, tzn. poprzez człowieczeństwo Jezusa prześwietliło na chwilę Jego odwieczne Bóstwo. Doświadczenie to miało ich umocnić na nadchodzący trudny czas procesu i ukrzyżowania Pana Jezusa; ale również i na późniejsze czasy składania świadectwa o Zmartwychwstałym i ponoszenia męczeństwa.

Nauka z tego dla nas wypływa taka, abyśmy i my zabiegali o jak najczęstsze "intymne" spotkania z Panem Jezusem. Nie wystarczy "wiedzieć", że On jest Bogiem i Człowiekiem, że dzięki Niemu wreszcie zmartwychwstaniemy. Jesteśmy przecież słabi i chwiejni, podobnie jak apostołowie potrzebujemy stałego umacniania i podnoszenia na duchu. Tylko osobiste doświadczenie Pana jako naszego Boga i Zbawiciela zapewni nam stałość i zwycięstwo w chwilach pokusy i próby. Stąd poleca nam Matka Kościół, abyśmy stale ćwiczyli się w cnotach i pobożności. Wykorzystajmy dobrze wielkopostne ćwiczenia, uczestniczmy gorliwie w naszych tradycyjnych wielkopostnych nabożeństwach. Niech ten czas pokuty i przygotowania będzie naszą górą spotkania z Chrystusem Panem. Amen.



O. Czesław Front

W zasięgu pokusy

Człowiek wzrasta przez podejmowanie mądrych decyzji. Decyzje zapadające w głębi serca i konsekwentnie wprowadzane w życie tworzą człowieka. Przez nie współpracuje on ze Stwórcą w doskonaleniu siebie samego. Kto umie rezygnować z łatwego dobra, które go nie ubogaca, i sięgać po wartości prawdziwe, życie wygra.

Czas podejmowania decyzji jest czasem pozostawania równocześnie w zasięgu pokusy i łaski. Pokusa wzywa do zadowolenia się dobrem łatwym, lecz nietrwałym. Łaska wzywa do zrezygnowania z tego dobra i opowiedzenia się po stronie dobra prawdziwego. Człowiek winien dobrze przemyśleć sugestie jednej i drugiej strony i dobrowolnie opowiedzieć się za jedną z nich. Chodzi o dobrowolne zajęcie stanowiska, czyli o pełną odpowiedzialność za wszystkie konsekwencje tej decyzji. Jeśli wybiera dobro wskazane przez łaskę, pokusa zostaje pokonana, a człowiek zyskuje pokój i wolność. Jest to ważny krok na drodze ku dojrzałości.

Samo znalezienie się w zasięgu pokusy nie jest jeszcze złem. Tu na ziemi jest to nawet w pewnej mierze nieuniknione. Błąd polega na tym, że zbyt łatwo jej ulegamy, że nie znajdujemy czasu na spokojną ocenę dobra, jakie ona proponuje. Niewielu też ma ochotę wysłuchać argumentacji, jaką podaje łaska przestrzegając przed sięganiem po łatwe dobro.

Jezus z Nazaretu podejmując dzieło nauczania, czterdzieści dni poświęcił na staranne przemyślenie i przemodlenie metod, jakimi będzie się posługiwał w głoszeniu i zakładaniu królestwa Bożego na ziemi. Decyzja nie była łatwa. Pojawiła się bowiem pokusa sięgnięcia po łatwe środki. Pokusa budowy królestwa, w którym jest pod dostatkiem łatwo dostępnego chleba, obfitość wielkich sensacji w postaci cudów i w którym wszystkim się dobrze powodzi. Pokusę tę trzeba było odrzucić. Nigdy bowiem nie można stworzyć szczęśliwej wspólnoty z ludzi, dla kórych najwyższymi wartościami jest dobrze zastawiony stół, pogoń od sensacji do sensacji i opływanie w bogactwa.

Szczęście można budować tylko na umiłowaniu prawdy, która daje wolność. Do tej wielkiej wartości prowadzi zaś droga ubóstwa, wyrzeczenia i ciszy. Błogosławieństwa ogłoszone przez Jezusa, jako konstytucja Jego królestwa, są odpowiedzią na pokusy, z jakimi zmagał się już przed rozpoczęciem publicznej działalności.

To, że On sam znalazł się w zasięgu pokusy, dowodzi, że i my nie potrafimy jej unikać. I nie o to chodzi. Czas pokusy to godzina podejmowania decyzji, a więc czas niezwykle cenny i twórczy.

Jezus mając na uwadze wagę tych momentów w życiu, w których pojawia się pokusa, każe nam codziennie wołać do Ojca: „Nie wódź nas na pokuszenie”. W tej modlitwie nie chodzi o życie bez pokus, ale o umiejętność rozmowy z Ojcem wtedy, gdy pokusa się pojawi. Jeśli w godzinę pokusy człowiek rozmawia tylko z pokusą, na pewno jej ulegnie. Jeśli natomiast potrafi na jej temat porozmawiać z Bogiem, na pewno odniesie nad nią zwycięstwo.

Wielki Post to czas, w którym Kościół mobilizuje siły, by odnieść zwycięstwo nad współczesnymi pokusami. Sukces jednak zależy od mądrej decyzji każdego chrześcijanina, który potrafi zrezygnować z dobra łatwego i sięgnąć po dobro wielkie.



Ks. Edward Staniek (http://www.mateusz.pl/czytania/2018/20180218.html#oremus)

BÓG ZBAWIENIEM NASZYM

Punktem wyjścia tego niedzielnego rozważania niech będą te oto słowa z dzisiejszej Ewangelii:

"Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im" (Mk 1, 29).

Człowiek od zawsze zmaga się z tajemnicą cierpienia. Raz po raz ludzie zadają sobie te oto pytanie: "Jeśli Bóg jest dobry, to czemu tyle zła na świecie?". Ten jakże trudny temat porusza również Księga Hioba, której fragment usłyszeliśmy w pierwszej lekturze. Mędrzec Hiob strasznie cierpiał i zmagał się z Bogiem. Skarżył się: "Moim działem miesiące nicości i wyznaczono mi noce udręki". W końcu uznał, że Bóg jest tajemnicą, której nie da się przeniknąć; tak samo i los człowieka wraz z jego cierpieniem to tajemica. Przed Bogiem musimy zamilknąć, tak jak Hiob:  "położyć palec na ustach". Trzeba się zadowolić biblijnym wytłumaczeniem pochodzenia zła, choroby i śmierci: Bóg ich nie chciał, weszły one na świat przez zawiść diabła i nieposłuszeństwo człowieka. Na nic się zda nasze buntowanie się i stawianie Boga przed sądem. Jesteśmy grzeszni i żyjemy w świecie przeżartym przez grzech; a na dodatek po tym wszystkim czeka nas śmierć. To wszystko jest bardzo nieprzyjemne. Ale gniewanie się na Pana Boga tylko pogarsza naszą sytuację. Zamiast filozofować, oburzać się na Pana Boga i rozpaczać, doceńmy Odkupienie i ofertę zbawienia, jaką przedstawia nam Chrystus. Do nieba wejdziemy nie przez gadanie i mędrkowanie, ale przez uwierzenie w miłość Boga Stworzyciela, która objawia się w Jezusie Chrystusie; przez posłuszeństwo okazywane Bogu; przez dobre uczynki; idąc po prostu drogą krzyża wskazaną nam przez Chrystusa. Uzdrowienia i inne cuda dokonywane przez Pana Jezusa są znakami wskazującymi na to, że Bóg jest Dobrem najwyższym, Źródłem i Gwarantem naszego własnego życia i zdrowia. Teściowa Szymona uzdrowiona przez Chrystusa od razu wstała i usługiwała mu. My też winniśmy nasze życie i zdrowie przeznaczać na służenie Bogu i ludziom. Po to Stwórca nam je dał. Nadejdzie taki dzień, że Bóg uwolni nas od wszelkiego zła. Póki co, trzeba uzbroić się w cierpliwość i pełnić wolę Bożą. A celem uzdrowień i cudów dawniej i dziś jest przypomnienie nam, że Bóg o nas nie zapomniał. On daje te znaki, aby wspomóc naszą wiarę i podnieść nas na duchu.
     
I dziś Bóg uzdrawia. Oto jeden z niezliczonych przykładów lourdzkich:

"Dnia 27 lipca 1897 roku uzdrowioną została nagle w Lourdes Magdalena Jullian pochodząca z Meynes w Belgii. Oto jak opisuje to uzdrowienie Dr Romant:

«Czyniąc zadość żądaniu, abym ogłosił całą prawdę, co do uzdrowienia panny Jullian z Meynes, oświadczam stanowczo, że została ona rzeczywiście uzdrowioną w Lourdes.

Po raz pierwszy ujrzałem tę panienkę z Meynes dnia 20 lipca 1897 roku. Przedtem nie znałem wcale tej rodziny. Chociaż zawód nasz czyni nas do pewnego stopnia obojętnymi na cierpienia ludzkie, jednak na widok tej nieszczęśliwej uczułem się do głębi wzruszonym.

Wyobraźcie sobie szkielet poruszający się nerwowo, z twarzą trupią i zapadłymi oczyma, w których zdawał się dogasać ostatni promyk życia, - a będziecie mieli pojęcie o biednej Magdalenie, która wówczas stała już po prostu nad krawędzią grobu. Ze wzruszeniem uścisnąłem wychudłą, rozpaloną jej rękę, po czym ulegając prośbom strapionych rodziców, zacząłem ją badać. Niebawem też przekonałem się, że w zakresie mego zawodu nic już dla niej nie zdołam uczynić.

Magdalena uśmiechała się z mego zakłopotania.

— Nie chcę umrzeć, doktorze — rzekła — wiem, że pan mnie nie uleczysz. Lecz możesz mi pan oddać wielką przysługę, nakłaniając moich rodziców, by mnie zawieźli do Lourdes, gdzie Najświętsza Panna mnie uzdrowi.

Ojciec, matka i brat zaprotestowali stanowczo przeciw temu żądaniu, mówiąc mi, że chora umrze w drodze. Tegoż samego zdania był i tamtejszy ksiądz proboszcz, który oświadczył bez ogródek, że taki szkielet nie może wziąć udziału w pielgrzymce.

— Będą z nas wszyscy szydzili — dodał — bo czyż podobna zabierać ze sobą chorą, która już od kilku miesięcy nic prawie nie jadła?

— Księże proboszczu — odparłem — nie sprzeciwiaj się życzeniu tego dziewczęcia. Czy tu czy w Lourdes, umrzeć ona musi, - nie odmawiaj jej więc tej ostatniej pociechy.

Zdecydowano się zatem na podróż i w kilka dni później chora przybyła do Lourdes. Przy sadzawce panie trudniące się kąpaniem chorych cofnęły się z przerażeniem na jej widok.

— Nie możemy — rzekły — zanurzyć w wodzie takiego szkieletu! Jak mogliście nam przywieźć taką chorą, która z pewnością nie wyjdzie żywa z wody!

Pomimo tego Magdalena Jullian zaczęła nalegać ze łzami, aby ją zanurzono, a gdy spełniono jej prośbę, skutek nastąpił z szybkością błyskawicy i Magdalena zawołała:

— Jestem uzdrowioną!...

Było to dnia 7 lipca 1897 roku.

Od tej chwili wrócił apetyt, ogólny stan zdrowia nic nie pozostawiał do życzenia i młoda dziewczyna z dniem każdym czuła się silniejsza. Czuwałem nad nią w Meynes przez cały sierpień i wrzesień i przekonałem się, że uzdrowienie jej było zupełne. Dziś panna Jullian wybornym cieszy się zdrowiem.

Odwiedziła mnie ona wczoraj, 18 grudnia, i prosiła, abym jej dał świadectwo choroby i uleczenia, co czynię z przyjemnością, gdyż winienem ten hołd prawdzie. Zresztą ani w Meynes ani w okolicy nikt nie może zaprzeczyć istnieniu tego nadprzyrodzonego faktu, nie podlegającego żadnej wątpliwości...»

I któż jeszcze wątpić będzie, wobec wielkiej ilości podobnych faktów, że Najświętsza Maria Panna Niepokalana jest uzdrowieniem chorych?".

Po Bogu najbardziej nas kocha Matka Jezusa i to Ona jest Autorką najlicznieszych współcześnie cudów. Jej macierzyńska miłość jest znakiem ojcowskiej wzgledem nas miłości Boga. Kochając Boga objawionego w Chrystusie, kochajmy Matkę naszego Pana. Jednak pamiętajmy, że to nie cuda i uzdrowienia są tu najważniejsze. Najważniejsze jest zbudzenie wiary, bo to wiara i życie z wiary jest kluczem otwierającym bramy nieba. Ks. Gaston Courtois napisał:

"Maryja związana prawem poszanowania naszej ludzkiej wolności, może wypełnić swoją macierzyńską rolę w stosunku do nas o tyle tylko, o ile my sami zachowujemy się w stosunku do Niej jak dzieci pełne miłości i oddania. Może nas wspomóc tym, czego mamy prawo od Niej oczekiwać, to znaczy swym wstawiennictwem i swym dobroczynnym wpływem tylko wówczas, gdy obdarzymy Ją tym, czego Ona ma prawo od nas oczekiwać, tzn. naszą modlitwą, naszym sercem, naszym życiem".

Cuda i uzdrowienia dokonywane przez Chrystusa przypominają nam, że Bóg pragnie obdarzyć nas życiem, zdrowiem i szczęściem; że królestwo Boże jest już blisko. Dziś nasz Pan posyła nam swoją Matkę. Jej cuda i uzdrowienia również są znakiem, że niedaleko od nas jest królestwo niebieskie; że mamy się przygotować na spotkanie z Bogiem, który niebawem nadejdzie. Czym Jego przyjście będzie dla nas?



o. Czesław Front


 

Sława utrudnia życie

Niewielu ludzi, którzy wcześniej osiągnęli sławę, potrafiło bez większych kryzysów utrzymać się na wysokiej fali, na której umieściło ich życie. Najłatwiej można to obserwować w sporcie. Zbyt wczesny sukces nie ułatwia życia, ale znacznie je utrudnia. Nie zawsze jest to wynikiem niedojrzałości człowieka. Sława jest połączona z wrzawą, z wielkimi wymaganiami, jakie otoczenie stawia mistrzowi. Opinia chce widzieć w nim zawsze i wszędzie tylko mistrza. Nie umie mu wybaczyć klęski, nie godzi się na jego słabość.

Dramat zbyt wcześnie zdobytej sławy największe spustoszenie zostawia w szeregach wybitnie uzdolnionych dzieci. Odbiera im coś z beztroskiego dzieciństwa, zmusza je do ustawicznego mobilizowania sił i odpowiadania na ambitne pragnienia rodziców, opiekunów, nauczycieli. Któryż z wychowawców nie chce mieć w szeregach swoich wychowanków geniusza? Życie bardzo często potwierdza klęskę wybitnie uzdolnionych uczniów, którzy zdobyli sławę w wieku szkolnym, a po latach przegrali rywalizację ze znacznie słabszymi, przeciętnymi kolegami. Po wcześnie przeżywanym uniesieniu sławy pozostaje jedynie gorzki smak poniesionej klęski.

To w tym kontekście należy odczytać fragment Ewangelii, w którym jest opisany cud uzdrowienia trędowatego. Chcąc to wydarzenie dobrze zrozumieć, trzeba mieć na uwadze dwa rodzaje cudów Jezusa. Jedne, a jest ich większość, czynił On — jeśli tak można powiedzieć — w sposób zaprogramowany, to znaczy czynił z nich jakby lekcje poglądowe dla słuchaczy. Te cuda były znane, głośne, publiczne, bo przeznaczone dla wielu. Drugie miały charakter bardziej prywatny i można je nazwać osobistym darem miłości ofiarowanym konkretnemu człowiekowi. Te nie powinny być rozgłaszane, winny zostać tajemnicą dawcy i odbiorcy.

Uzdrowienie trędowatego należy do tej drugiej grupy cudów. Jezus ulitował się nad nim. Spotkanie nieszczęśliwego człowieka, świadomego cudotwórczej mocy Mistrza z Nazaretu, skłania Jezusa do działania. „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony!”. Św. Marek umiejscawia ten cud na początku publicznej działalności Jezusa. Chrystus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zbyt wczesna sława utrudni Mu wykonanie zadania. Stąd Jego ostrzeżenie pod adresem uzdrowionego. Ewangelista zaznacza, że surowo mu przykazał i natychmiast go odprawił ze słowami: „Uważaj, nikomu nic nie mów...”. Jezus nie chciał rozgłosu, nie chciał działać w nimbie sławy.

Uzdrowiony jednak nie rozumiał wskazań Jezusa. Nie umiał ukryć swego szczęścia. Wydawało mu się, że przyczyniając się do rozsławienia Proroka z Nazaretu będzie Jego dobrodziejem. Stało się jednak odwrotnie. „Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych”.

Był tylko jeden wypadek, gdy Jezus zgodził się na głośne wołanie „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie!”. Miało to miejsce u samego kresu Jego życia, na kilka dni przed śmiercią. Ten triumf już Jego dziełu nie zaszkodził.

Wielkie wartości dojrzewają bardzo powoli i wymagają spokoju. Kto szuka sławy, wcześniej czy później staje się jej ofiarą. Prawdziwa wielkość człowieka ujawnia się najczęściej po jego śmierci. Rzadko się zdarza, by pomniki stawiane komuś za jego życia przetrwały dłużej niż jedno pokolenie. Te, które trwają, są wzniesione po latach, a czasem nawet wiekach, przez potomnych, którzy doceniają prawdziwą wielkość zmarłego człowieka.

Ewangelia przestrzega przed pogonią za sławą, widząc w niej bardzo niebezpieczną pułapkę pychy. Równocześnie ukazuje wartość twórczego wysiłku bez rozgłosu. Szczęśliwy, kto zrozumie to ewangeliczne ostrzeżenie i zamiast sławy u ludzi, szuka w życiu radości własnego sumienia z powodu dobrych czynów dokonanych w ukryciu.



Ks. Edward Staniek (http://www.mateusz.pl/czytania/2018/20180211.html#oremus)


 

ISTNIENIE SZATANA

Wtedy duch nieczysty zaczął nim miotać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne” (Mk 1,27-28).

Dzisiejsza Ewangelia święta mówi nam o tym, że Jezus uwolnił człowieka opętanego przez ducha nieczystego. W trakcie egzorcyzmu diabeł wrzeszczał wniebogłosy, ale w końcu musiał wyjść z nieszczęśliwego  człowieka. Ewangelie podają wiele jeszcze innych podobnych przypadków. Także i dziś są ludzie opętani bądź dręczeni przez diabła; są także egzorcyści, którzy zajmują się wypędzaniem złych duchów. Istnienie szatana i jego złowrogi wpływ na ludzi jest prawdą naszej świętej katolickiej wiary. Dlatego też pragnę krótko coś o diable powiedzieć.

Złe duchy były kiedyś duchami dobrymi. Bóg je stworzył z miłości i obdarzył niewyobrażalnie dla nas wzniosłymi przymiotami. Żyły te anioły w miejscu Bożej chwały, ale oblicza Boskiego jeszcze nie oglądały; aby sobie na to zasłużyć, musiały przedtem być poddane próbie. Bóg zażądał najpierw, aby kochały Go, uznały Jego zwierzchność i były Mu posłuszne. Na to cudne duchy się zgodziły, choć nie wszystkie w jednakowym stopniu. Niektóre odczuwały pewne niezadowolenie. Nie podobało im się, że przed kimkolwiek mają zginać kolana. Podziwiały swą anielską piękność i wiedzę. Zaczynała rodzić się w nich pycha... Następnie Bóg wyjawił im zamiar  stworzenia człowieka i zamiar wcielenia się Boga, przed którym to Bogiem-Człowiekiem będą się duchy niebieskie musiały ukorzyć; a także i przed Matką wcielonego Słowa Bożego, w której anioły będą musiały uznać swą Panią i Władczynię.

Wtedy zbuntował się najwyższy archanioł, ulubieniec Boga, Lucyfer, którego imię znaczy "niosący światło". Poruszony pychą, uznał się za równego Bogu i wypowiedział słynne "nie będę służył". Za nim poszła trzecia część aniołów. Ich grzech był tak wielki, że w jednej chwili z cudnych aniołów przedzierzgnęli się w najohydniejsze czarty. Niewdzięczni ci aniołowie, stali się przez swoje grzechy niegodni wiecznego oglądania Boga. Po strasznej walce prowadzonej bronią rozumu, rozsądku i prawdy, z hasłem "Któż jak Bóg", święty Michał Archanioł strącił zamienionego w smoka Lucyfera do piekła, a wraz z nim resztę zbuntowanych aniołów. Dobre ongi anioły, po upadku przemieniły się w swoje przeciwieństwo. Teraz są już niereformowalni, ostatecznie utwierdzeni w złu. Nienawidzą Boga i nienawidzą ludzi. Zwiedli pierwszych rodziców licząc na to, że Bóg skarze nieposłusznych ludzi na wieczne potępienie. Jednak zawiedli się szatani: Bóg przebaczył pierwszym rodzicom i zamiast wtrącić ich do piekła, dał im czas na pokutę. Diabły mszczą się teraz na nas, próbując przywieść nas do ostatecznego upadku. Chcą, abyśmy łamali wolę Bożą i umarłszy w zatwardziałości serca ostatecznie się potępili. Jednak diabły nie mogą nas do grzechu zmusić, jedynie mogą nas kusić i zło sugerować. Jeśli będziemy używać środków, jakich Bóg nam użycza, to oprzemy się diabłu, odpokutujemy za nasze grzechy i po śmierci pójdziemy do nieba. Zajmiemy tam trony opuszczone przez upadłe anioły...

Porwany w uniesieniu św. Franciszek zobaczył otwierające się przed jego oczyma niebo i między rozlicznymi krzesłami zauważył jedno, które wyróżniało się spośród pozostałych. Było najpiękniejsze, ozdobione drogocennymi kamieniami odbijającymi światło... Dał się słyszeć głos z wysoka: "Należało do jednego ze zbuntowanych aniołów, a teraz jest zarezerwowane dla pokornego Franciszka". Franciszek nie dał się zbałamucić tym widzeniem. Zapytany przez innego brata, powiedział: "Gdyby zły człowiek został przez Chrystusa napełniony łaską z taką hojnością jak ja, to myślę, że byłby znacznie bardziej wdzięczny ode mnie".

Naśladujmy pokornego św. Franciszka, a nie broń Boże pysznego Lucyfera i tych, którzy za nim poszli i idą. Pamiętajmy, jesteśmy na tym padole płaczu na próbę. Jeśli próbę tę przejdziemy, to oglądać będziemy na wieki oblicze Boga, który nas stworzył.



o. Czesław Front