• Papieska intencja
    Papieska intencja

    WRZESIEŃ 2019:

    Intencja powszechna: za polityków, naukowców i ekonomistów.

    Aby politycy, naukowcy i ekonomiści wspólnie pracowali na rzecz ochrony mórz i oceanów na świecie.

  • Porządek mszy

    Niedziela:
    5:15, 7:00, 8:30, 10:00, 10:00 (Brzeziny), 11:30, 17:00

    Dni powszednie:
    6:00, 8:00, 18:30

    Msze dodatkowe w tygodniu:
    W pierwszy piątek: godz. 17.00
    W trzecią środę:  godz. 15.00
    W trzeci piątek:  godz. 15.00

  • Spowiedź

    Od poniedziałku - piątku (do 16.VI):
    od 8.00 - 12.00 (stały konfesjonał)
    od 18.00 - 18.30

    Od poniedziałku - piątku (od 17.VI - 31.VIII):
    od 8.00 - 10.00 (stały konfesjonał)
    od 18.00 - 18.30

    W sobotę:
    od 8.00 - 8.30 i od 18.00 - 18.30

    W niedzielę:
    pół godziny przed mszą św. o godz. 7.00, 8.30, 10.00, 11.30, 17.00

    W niedziele i świętą nie spowiadamy podczas mszy świętych!

  • Adoracja Najświętszego Sakramentu
    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    Od poniedziałku do piątku:

    od 8:30 do 18:30

     

  • Odwiedziny chorych

    Odwiedziny chorych odbywają się w pierwszy piątek miesiąca od godz. 9.00.

    Chorych, którzy pierwszy raz chcą odwiedzin, należy zgłosić bezpośrednio u proboszcza, wikarych lub w biurze parafialnym.

  • Biuro parafialne
    Poniedziałek:  Nieczynne
    Wtorek: 16.00-17.30
    Środa: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Czwartek: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Piątek: 8.30-9.00
    Sobota: Nieczynne

    Furta klasztorna:

    Poniedziałek - Piątek:   8:00-12:00 i 14:00-17:00
    Sobota: 8:00-12:00

  • Caritas parafialny
    Caritas parafialny

    Osoby potrzebujące używaną odzież mogą zgłaszać się do parafialnego oddziału CARITAS czynnego:

    • w środy od godz. 9.00 – 10.00
    • w I czwartek miesiąca od godz. 16.00 – 17.00.
  • Ochrona danych osobowych w Kościele

    W związku z wejściem w życie 25 maja 2018r. nowych wytycznych dotyczących ochrony danych osobowych (RODO) odnoszących się także do Kościoła Katolickiego zapraszamy do zapoznania się z niektórymi aspektami praktycznymi.

A A A
Czas nawrócenia

W książce pod tytułem „Nawrócenie” (2002) znajdujemy opis drogi, którą włoski pisarz Vittorio Messori. dotarł do katolicyzmu. Messori urodził się w Modenie w 1941 r. Został co prawda ochrzczony, ale jego rodzina nie praktykowała wiary i nie otrzymał w niej żadnego wychowania religijnego. Niewierząca rodzina i szkoła uczyniły z niego antyklerykała i racjonalistę. Momentem przełomowym okazało się dla niego lato 1964 r. Łaska Boża sprawiła, że 23-letni Vittorio, inteligentny i dobrze zapowiadający się student i pracownik centrali telefonicznej na nocnej zmianie, mieszkający w antyklerykalnym Turynie, studiujący u laickich profesorów, wziął do ręki Ewangelię i przeżył – niewytłumaczalne w sposób racjonalny – doświadczenie nawrócenia. Spotkał Jezusa Chrystusa i otrzymał dar pewności, że ten Człowiek prawdziwie był Synem Bożym. Później Ewangelii poświęcił całe swoje późniejsze życie. Stał się jednym z najpopularniejszych pisarzy katolickich o międzynarodowej sławie. Jest autorem wywiadu-rzeki z Janem Pawłem II pt. „Przekroczyć próg nadziei” oraz z kard. Josephem Ratzingerem – „Raport o stanie wiary”. Messori był świadomy tego, że życie „albo się przeżywa, albo się je pisze”. Dlatego zawsze poszukiwał odosobnionego miejsca, w którym mógłby zastanawiać się, jak przekonać ludzi, że nadzieja istnieje, że jest ona uzasadniona, że „chrześcijanin to nie kretyn”.

Patrząc na przykład Vittorio Messoriego widzimy, że Bóg daje człowiekowi czas. Nawrócenie stanowi zmianę kierunku życia opartego o wzór świata do wzoru, który pokazuje życie Jezusa. Czasem ta zmiana dokonuje się natychmiast po poznaniu Jezusa. Niekiedy proces nawrócenia trwa rok lub więcej, aż człowiek pokona w sobie opór przed panowaniem Boga w życiu. Przeszkodą może być lekceważenie własnych grzechów i słabości, porównywanie siebie z innymi czy przekonanie o tym, że wszelkie zmiany są niemożliwe. Pomocą jest ufne przyjęcie Boga do swojego życia i swojego serca, zdanie się na Jego pomoc. W tym kontekście bardzo zrozumiałe stają się tutaj słowa Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej: „Najboleśniej ranią mnie grzechy nieufności” (Dz. 1076). Brak ufności nie pozwala na działanie Boga w duszy i w konsekwencji pozostawia człowieka samemu sobie.

Jezus przebywając przed Świętem Paschy w Betanii, zobaczył drzewo figowe okryte bogatą zielenią. Podszedł do niego, spodziewając się, że wśród liści znajdzie również owoce. Jezus doznał jednak rozczarowania, gdyż na drzewie nie było ani jednego owocu. Podobnego zawodu doznawał Jezus ze strony tych, którzy uważali siebie za pobożnych, ale nie przynosili oczekiwanego owocu. Większość mieszkańców Galilei już o Nim słyszała, niewielu uwierzyło w Niego. Czy Jezus ma jeszcze czekać na ich wiarę?  Wielki Post jest czasem danym przez Boga do nawrócenia dla każdego z nas. Wszyscy jesteśmy skażeni grzechem, egoizmem, lubimy skupiać się na sobie i myśleć wyłącznie o sobie. Nawrócenie wskazuje na konieczność nieustannej gotowości do przemiany życia i zgody na to, by zostać zwyciężonym i porwanym przez Tego, który „ jest łaskawy, pełen miłosierdzia”.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420039.3-Niedziela-Wielkiego-Postu-C)

Zaproszenie do przemiany

Słowo Boże zaprasza nas dziś na górę Tabor, gdzie razem z Piotrem, Janem i Jakubem stajemy się świadkami wydarzenia niezwykłego. Rozmowa o nieuchronności ofiary Mesjasza toczy się w scenerii iście niebiańskiej. Widzimy odmienionego Jezusa, którego twarz jaśnieje jak słońce, a szaty stają się lśniąco białe. A obok Niego dwóch mężczyzn – Mojżesza i Eliasza – których na ziemi nie widziano od tysięcy lat, i którzy objawiają nam się w chwale. Rozmowa ta ukazuje, że decyzja o śmierci Chrystusa nie jest wynikiem ziemskiego rozumowania. Podjęta została dla naszego zbawienia. „On był światłem”. Nie jednym z proroków, nie jednym światłem więcej, ale „światłem”, które przyszło na ten świat. To z powodu zniszczenia tego światła On umrze. Na Taborze uczniowie doświadczyli olśnienia Bożą chwałą, kiedy twarz Jezusa „zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. Święty Piotr całe życie pozostanie naznaczony tym szczególnym spotkaniem. To właśnie wspomnienie Przemienienia, które stało się dla niego podstawowym doświadczeniem jego wierności, daje zatrwożonemu Piotrowi siłę i pewność.

A teraz spróbujmy spojrzeć na naszą rzeczywistość. Tym razem bohaterem ostatniej sceny jestem ja, tzn. uczeń Jezusa, chrześcijanin trzeciego tysiąclecia, w każdej Eucharystii oświecany światłem Jego łaski. Czym dla mnie jest polecenie Boga Ojca, który nakazuje „słuchać” Chrystusa? Słuchać, tzn. doświadczać, uczestniczyć, przyjąć i także naśladować. W okresie Wielkiego Postu, uprzywilejowaną formą przemawiania Boga do ludzkiego serca, swoistą Górą Tabor i odnowieniem osobistego przymierza ze Stwórcą, jest czas rekolekcji, jakie odbywają się w tysiącach parafii. Rekolekcje to nic innego, jak słuchanie Boga i doświadczanie Jego obecności, to porządkowanie i uzupełnianie posiadanej hierarchii wartości, to odnowienie osobistej przyjaźni z Bogiem i umocnienie wiary. Żadne rekolekcje, bez względu na ich długość i metodę nie są procesem automatycznym. Raczej moglibyśmy utożsamiać je z pewną walką, pewnym trudem i oczekiwaniem. Jeśli spojrzymy na Piotra, Jakuba i Jana, to mimo niesprzyjających i tajemniczych, zewnętrznych okoliczności nie wątpimy, że ich wejście na Górę Tabor było potrzebne. Warto było tam być, aby zobaczyć „blask Nieba” i usłyszeć głos Stwórcy: „To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!”.

Wobec światła odsłania się nasz grzech. Umysł ludzki bywa jednak na tyle przebiegły, by nie wchodzić do jasności. Wszyscy mamy skłonność do omijania prawdy. Mamy tę fantastyczną moc usypiania, filtrowania tego, co pochodzi z rzeczywistości, aby zachować tylko to, co odpowiada naszym osądom. Każdy człowiek ma swój filtr, który pozwala mu się chronić. „Będę panem samego siebie” – to dewiza piekła! Przed nami jeszcze pięć tygodni Wielkiego Postu. To czas na towarzyszenie Jezusowi od agonii w Ogrójcu aż na Golgocie. To czas na opłakiwanie męki Pana z Matką Bolesną i Aniołami. Bez tego nasza radość w Niedzielę Zmartwychwstanie nie mogłaby być pełna. Ufni w moc przychodzącego Boga, wsłuchujmy się w słowa: „To jest mój Syn wybrany, Jego słuchajcie”. On nas przemieni.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420038.2-Niedziela-Wielkiego-Postu-C)

Słowo świadectwem

Grono młodych ludzi. Jeden krzyczy na drugiego, zalewając go stekiem brudnych słów. Zatrzymuje się przy nich starszy człowiek w mundurze wojskowym i zwraca się do obrażanego: „Nie martw się. Te słowa, które rzuca twój kolega, świadczą o zawartości jego serca, a nie twojego. Słowa objawiają człowieka mówiącego”. Wszyscy zamilkli. Oficer powtórzył: „Nie martw się”.

Po roku dziewczyna należąca do tego grona pożegnała się z nim, oznajmiając, że od wspomnianego wydarzenia zaczęła mierzyć siebie i innych wypowiadanymi słowami. Stopniowo wybierała ludzi, których słowa są wyważone. Mówią oni znacznie mniej niż inni, ale warto przebywać blisko bogactwa ich serc.

Żyjemy w świecie wielosłowia. Mówi się za dużo. To wielosłowie jest najczęściej pustosłowiem. Trzeba to dostrzec, aby w jego falach nie utonąć. Łączy się to ściśle z zaufaniem. Temu, kto posługuje się pustosłowiem, nie wolno ufać. On nie jest odpowiedzialny za swe słowa.

O wiele groźniejsze jest brudne słowo. Ono niszczy tego, kto mówi, tego, kto słucha, i tych, o których jest mowa. Oczernianie, obmowa, niszczenie dobrej opinii o człowieku to owoce brudnego słowa.

Jezus wzywa do bardzo precyzyjnego ważenia słowa. Z obfitości serca mówią usta. Nasze słowa świadczą o nas.

Temat jest aktualny w życiu osobistym. Częsty rachunek sumienia z własnych słów jest potrzebny. To pomaga również we właściwej ocenie każdego człowieka.

Jeszcze ważniejszy jest wymiar medialny. Tam słowo odsłania zawartość serc ludzi zabierających głos. To pomaga ocenić, w jakiej mierze godni są zaufania. Jezus jest mistrzem odpowiedzialnego słowa. Nie powiedział ani jednego słowa pustego, ani jednego brudnego, ani jednego zbędnego. Ewangelia jest szkołą odpowiedzialnego słowa.

ks. Edward Staniek (http://www.ekspreshomiletyczny.pl/index.php?page=s%C5%82owo-%C5%9Bwiadectwem-ks.-edward-staniek)

Zwyciężać pokusy

Celem życia chrześcijańskiego jest świętość, czyli zjednoczenie z Trójjedynym Bogiem w miłości. Przeszkodą w zdobywaniu świętości jest grzech, który ma swoje źródło w uleganiu różnorakim pokusom podsuwanym przez diabła. Najbardziej jest w nas atakowany głód chwały, czułości, miłości oraz komfortu, wygody i zabezpieczenia.

Dzięki temu, że diabeł kusił Jezusa, wiemy, co oferuje nam i co w nas samych jest najbardziej „wygłodniałe”. Jeżeli wraz z Jezusem zostaliśmy ochrzczeni w Duchu Świętym, to Duch poprowadzi nas na spotkanie z pokusami, których nigdy nie zabraknie w naszym życiu. Kuszenie Jezusa jest wewnętrzną walką i zejściem na poziom ludzkich zagrożeń, by podźwignąć człowieka. Jednocześnie ostrzega przed najbardziej podstawowymi próbami. Po pierwsze, będziemy kuszeni, aby mierzyć nasze życie raczej miarą ludzkiego dostatku, aniżeli słowa Bożego. Po drugie, będziemy kuszeni, by nawet duchowe dary obrócić na własną chwałę, a nie na chwałę Boga i braci. Po trzecie, będziemy kuszeni, by osiągać dobre cele postępując „na skróty”. Jeśli mamy uniknąć nieszczęść, będących konsekwencją ulegania pokusom, musimy wraz z Jezusem schronić się na pustyni słowa Bożego.

Pokusa namawia nas, pociąga i kierunkuje na zło. Zwykle jednak zło uobecnione w pokusie nie jest na początku wyraźne. Najczęściej kuszony uświadamia je sobie tylko mgliście, zawsze bowiem pojawia się ono w przebraniu jakiegoś dobra. Pokusa rzadko więc uderza w rzecz zakazaną bezpośrednio. Najczęściej staje na drodze jako łatwy sposób zaspokojenia autentycznej potrzeby, która nieoczekiwanie łączy się z rzeczą zakazaną. Tak było w pierwszym kuszeniu, którego opis mamy w Księdze Rodzaju. Kuszona przez węża Ewa widzi, że zakazany owoc „jest rozkoszą dla oczu” (Rdz 3,6).

Kuszenie może mieć znaczenie zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jezusa prowadzi na pustynię Duch, który kształtuje w Nim postawę posłuszeństwa wobec woli Ojca. Ale za Duchem idzie diabeł, krzewiciel nieposłuszeństwa i adwokat oparcia się na własnej woli, oderwanej od woli Bożej. Wprawdzie Duch i diabeł mają udział w jednym dziele, to jednak chodzi im o różne sprawy. Duch chce potwierdzić Boże synostwo Jezusa, natomiast diabeł chce Go odwieźć od pełnienia woli Ojca.

Ewangelia pierwszej niedzieli Wielkiego Postu przedstawia konfrontację Jezusa z trzema pokusami i trzy odniesione przez Niego zwycięstwa. Chrystus Pan odrzuca wszystkie propozycje diabła. Jest więc dla nas wzorem, ale i wsparciem w chwilach kuszenia. Dlatego, jak naucza św. Jan Paweł II, „Podczas czterdziestu dni Wielkiego Postu wierzący mają pójść za Chrystusem na ‘pustynię’, by razem z Nim stawić czoła duchowi zła i go pokonać. Jest to wewnętrzna walka, która decyduje o kształcie naszego życia. (…) Pokorna i ufna modlitwa, umocniona przez post, pozwala przejść nawet najtrudniejsze próby i daje odwagę potrzebną, by zło zwyciężać dobrem” (Anioł Pański, 9.03.2003). I my, kiedy będziemy zabiegać o łączność, komunię z Chrystusem, odniesiemy zwycięstwo, powtarzając za św. Pawłem: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420037.1-Niedziela-Wielkiego-Postu-C)

Miłość trudna jak chrześcijaństwo

Wyobraźmy sobie, że oto dziś staje pośród nas ktoś cieszący się dużym autorytetem społeczno–moralnym i ogłasza swój program ideowy: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają i módlcie się za tych, którzy was oczerniają”. Gdyby nawet przemilczał, że chodzi jeszcze o nadstawianie drugiego policzka, udzielanie pożyczki bez naliczania procentu i rezygnację z dochodzenia swoich praw, ilu ludzi poszłoby za tym człowiekiem? Ilu ludzi potraktowałoby to przesłanie z całą powagą? Czy znaleźliby się tacy, którzy dla poparcia tego programu oddaliby swój głos? Nie jest to zwykłe gdybanie ani problem czysto teoretyczny. Bo gdyby tacy ludzie się nie znaleźli, to by oznaczało, że po blisko dwóch tysiącach lat nie ma już pośród nas prawdziwych chrześcijan.

Dość często spotykamy się z wyznaniem: „Jestem chrześcijaninem, ale tylko do momentu, w którym nakłania się mnie do miłości nieprzyjaciół”. Ci, którzy tak twierdzą, nie zdają sobie sprawy, że tam, gdzie w ich mniemaniu chrześcijaństwo się kończy, tam się ono właściwie dopiero zaczyna. Zdaniem znanego historyka kultury Michaela Harta to właśnie przykazanie miłości nieprzyjaciół i wezwanie do zaniechania zemsty stanowi najbardziej charakterystyczną dla nauki Chrystusa zasadę etyczną, odróżniającą w sposób najbardziej wyrazisty chrześcijaństwo od innych religii i systemów etycznych. Jednocześnie Hart ubolewa, że ten najbardziej oryginalny element nauki Jezusa pozostaje wciąż „intrygującą, ale w zasadzie nie zrealizowaną sugestią”. Gdyby to była prawda, byłoby to bardzo smutne.

Na szczęście historia przytacza wiele świadectw ludzi, którzy właśnie w imię ewangelicznego radykalizmu potrafili żyć tą zasadą, jak np. św. Franciszek z Asyżu, Walerian Łukasiński, św. Maksymilian Kolbe, Reinhold Schneider i wielu innych. Prawdą jest jednak i to, że we wszystkich wypadkach uznano ich sposób postępowania za heroiczny, a nie po prostu chrześcijański. Czym więc należy tłumaczyć nasz opór, by przykazanie miłości nieprzyjaciół potraktować jako rzeczywistą dyrektywę moralności chrześcijańskiej, a nie tylko jako tej moralności metaforę?

Wydaje się, że trudności z zaakceptowaniem tego przykazania wynikają z błędnego rozumienia istoty miłości. Rozumie się ją zwykle jako wysublimowane uczucie sympatii do drugiego człowieka, połączone z pragnieniem trwania w jego bliskości. Jest rzeczą oczywistą, że tak rozumiana miłość w odniesieniu do nieprzyjaciół jest niemożliwa. Skoro bowiem już sama sfera uczuć wymyka się spod kontroli naszej woli, to tym bardziej trudno wymusić uczucie sympatii do kogoś, kto mi wyrządza krzywdę, kto jest moim nieprzyjacielem lub wrogiem. Istota miłości nie leży jednak w uczuciach, lecz w pragnieniu i urzeczywistnianiu dobra drugiej osoby.

W praktyce może to oznaczać danie szansy nawrócenia, podjęcie działań prowokujących do poprawy lub jak by to powiedział Norwid – podniesienie nieprzyjaciół „do godności znośnych sąsiadów”. Trzeba więc jasno powiedzieć, że dając nam przykazanie miłości nieprzyjaciół Chrystus nie wymaga od nas, byśmy tych nieprzyjaciół lubili i czuli do nich sympatię. Chrystus nie każe nam ich lubić, lecz miłować, to znaczy pragnąć ich dobra i starać się to dobro urzeczywistniać.

ks. Antoni Dunajski (https://liturgia.wiara.pl/doc/420036.7-Niedziela-zwykla-C/2)