• Papieska intencja
    Papieska intencja

    KWIECIEŃ 2019:

    Intencja powszechna: za pracowników na obszarach wojennych.

    Za lekarzy i ich współpracowników humanitarnych na terenach objętych wojną, którzy ryzykują swoje własne życie dla ocalenia życia innych.

  • Porządek mszy

    Niedziela:
    5:15, 7:00, 8:30, 10:00, 10:00 (Brzeziny), 11:30, 17:00

    Dni powszednie:
    6:00, 8:00, 18:30

    Msze dodatkowe w tygodniu:
    W pierwszy piątek: godz. 17.00
    W trzecią środę:  godz. 15.00
    W trzeci piątek:  godz. 15.00

  • Odwiedziny chorych

    Odwiedziny chorych odbywają się w pierwszy piątek miesiąca od godz. 9.00.

    Chorych, którzy pierwszy raz chcą odwiedzin, należy zgłosić bezpośrednio u proboszcza, wikarych lub w biurze parafialnym.

  • Biuro parafialne
    Poniedziałek:  Nieczynne
    Wtorek: 16.00-17.30
    Środa: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Czwartek: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Piątek: 8.30-9.00
    Sobota: Nieczynne

    Furta klasztorna:

    Poniedziałek - Piątek:   8:00-12:00 i 14:00-17:00
    Sobota: 8:00-12:00

  • Caritas parafialny
    Caritas parafialny

    Osoby potrzebujące używaną odzież mogą zgłaszać się do parafialnego oddziału CARITAS czynnego:

    • w środy od godz. 9.00 – 10.00
    • w I czwartek miesiąca od godz. 16.00 – 17.00.
  • Ochrona danych osobowych w Kościele

    W związku z wejściem w życie 25 maja 2018r. nowych wytycznych dotyczących ochrony danych osobowych (RODO) odnoszących się także do Kościoła Katolickiego zapraszamy do zapoznania się z niektórymi aspektami praktycznymi.

A A A
Przyjąć dziecko

Apostołowie spierali się o to, „kto z nich jest największy”. Niezdrowe ambicje pleniły się w gronie Dwunastu. Nie pomogła bliskość Jezusa ani Jego Matki. Wady można przezwyciężyć wówczas, gdy ich właściciel chce to uczynić. Jezus cierpliwie czekał, upominał, wzywał. Chciał otworzyć im oczy na prawdę o autentycznej wielkości człowieka. Słowa Jego odbijały się jak groch od ściany. Ambicje dochodziły do głosu aż do Wielkiego Piątku. Dopiero przeżycie tajemnicy krzyża, odrzucenie Mistrza, Jego klęska, ostudziły nieco niezdrową rywalizację o pierwsze miejsce w gronie Dwunastu.

Marek notuje piękną scenę. Jezus chcąc ukazać uczniom właściwą drogę do wielkości, „wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami rzekł do nich: Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje...” (Mk 9, 35). Innymi słowy, kto otoczy opieką dziecko, kto potrafi dla niego żyć, jego dobru poświęcić swe siły, czas, pieniądze — ten jest wielki. Zamiast rywalizować między sobą zajmijcie się dzieckiem, przyjmijcie dziecko, otoczcie je miłością. Słowa Jezusa „przyjąć dziecko w imię moje” znaczą „w imię miłości”.

Warto zauważyć, że jest to jedyna scena w Ewangelii mówiąca o tym, że ktoś jest w objęciach Jezusa. Marek wspominając bezimienne dziecko notuje, że Jezus „objął je swymi ramionami”.

Chrześcijanie pierwszych wieków wzięli bardzo na serio wezwanie Chrystusa. Nie tylko przyjmowali z miłością swoje dzieci — wszystkie, jakie się poczęły, ale potrafili stworzyć warunki potrzebne do wychowania dzieci porzuconych przez pogan. Potrafili objąć je swymi ramionami.

Przyjęcie dziecka to autentyczne wyzwolenie z egoizmu. Można to obserwować w rozwoju miłości małżeńskiej, której ciągle zagraża egoizm we dwoje.

Każdy chrześcijanin winien w swoim życiu przyjąć dziecko i objąć je swoimi ramionami jak drogocenny skarb. Do tego Chrystus wzywa każdego ucznia. Winni to uczynić nie tylko małżonkowie, ale i siostra zakonna, samotny człowiek, kapłan. Chrystus objął dziecko miłością zbawczą. Do takiej postawy winien dorastać każdy Jego uczeń. Aby to ułatwić, Jezus utożsamia siebie z dzieckiem: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje”.

Dramat odrzuconego dziecka i wyrządzonej mu krzywdy idzie za człowiekiem jak cień przekleństwa. Jakże trudno wówczas przyjąć Chrystusa. Jak trudno o nawrócenie, a tylko ono daje pełną gwarancję pokoju i szczęścia.

Szukamy często powodów nieszczęścia ludzi żyjących na ziemi. Czy nie należałoby wówczas postawić pytania: jaki był ich stosunek do dzieci? Czy każde z tych, jakie Bóg postawił na ich drodze, zostało przyjęte i otoczone miłością? Nie trudno zauważyć, że najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi są ci, którzy kochają dzieci. Najprostszą drogą do wyleczenia z egoizmu i wypełnienia serca miłością jest umiłowanie każdego dziecka, poczętego i urodzonego, własnego i cudzego, pięknego i kalekiego. Umieć przyjąć dziecko z miłością to jedno z największych dzieł, jakich może dokonać człowiek, i dlatego ono decyduje o wielkości naszego serca.

Ks. Edward Staniek (http://www.mateusz.pl/czytania/2018/20180923.html#staniek)

Wiara martwa

Od początku istnieją w chrześcijaństwie dwie niebezpieczne tendencje. Jedna chce koniecznie odrzucić Kościół założony przez Jezusa i przyjąć jedynie wiarę jako indywidualny akt usprawiedliwiający człowieka. Dla tych wiara to czysto osobista sprawa, tak jak np. lekkoatletyka. Sportowcy mogą się spotkać po olimpiadzie lub mistrzostwach świata, mogą rywalizować z sobą i zdumiewać świat osiągnięciami, mogą przeznaczyć duże sumy na potrzeby biednych, ale lekkoatleci nie stanowią żadnej wspólnoty, to jest sport, w którym wszystko zależy od indywidualnych sprawności.

Jezus założył Kościół jako rodzinę. Ustanowił w niej biskupów, którzy spełniają funkcję ojców tej rodziny, a w parafiach w ich imieniu pełnią tę funkcję kapłani. To oni są odpowiedzialni za pokarm duchowy członków tej rodziny /Eucharystia i Słowo Boże/, za jej duchowe zdrowie /sakrament pokuty i sakrament namaszczenia chorych/, za trwałość rodzin /błogosławieństwo przy sakramencie małżeństwa/ i za powiększanie tej rodziny /sakrament chrztu świętego/. Zbawienie jest możliwe wyłącznie w tej rodzinie. Chcąc więc w duchu Ewangelii doskonalić wiarę, trzeba się zatroszczyć o przynależność do tej rodziny. Członkowie rodziny mogą się cieszyć, gdy ktoś z nich zdobywa olimpijskie medale, ale życie rodzinne wcale nie jest nastawione na produkowanie mistrzów świata, ono wyżej ceni opiekę nad małym dzieckiem niż olimpijskie złoto. Warto o tym pamiętać, gdy pojawiają się głosy odrzucające Kościół, a gloryfikujące wiarę. Powtarzanie błędu reformacji z XVI wieku to cofanie się w średniowiecze.

Druga tendencja dziś ma jeszcze więcej zwolenników. To opowiadanie się po stronie wiary, z odrzuceniem jej konsekwencji w życiu moralnym. Te właśnie tendencje ma na uwadze św. Jakub w swoim liście, gdy pisze: „Jaki z tego pożytek, bracia moi, skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków. Czy sama wiara zdoła go zbawić?”.

Tendencja ta świadczy o intelektualnym podejściu do wiary. W nim wiara to stwierdzenie, że Bóg istnieje. Cenne jako klucz pozwalający wyjaśnić wiele trudnych pytań dotyczących świata i ułatwiające wejście w grono ludzi wierzących. To jest jedynie deklaracja, nic więcej. Hasło na transparencie własnego życia. Taka wiara nie może człowieka zbawić — jest bowiem martwa.

Wiara pozwala wejść w kontakt z Bogiem żywym i umożliwia przelanie Jego życia w nasze życie. To spotkanie tak, jak miłość przyjaźni, zmusza do konsekwentnego liczenia się z przyjacielem. Dwoje ludzi połączonych miłością postępuje tak, by w każdym ich czynie ta miłość nie tylko była widoczna, ale by ona ustawicznie wzrastała. Miłość jest żywa.

Jeśli któreś z nich postąpi tak, że tego nie da się pogodzić z ich miłością, osłabia tę więź i jest w stanie doprowadzić do uśmiercenia swej miłości. Odtąd miłość nie decyduje o czynach, ona jest martwa. Słowa, że kocha, nic nie znaczą, jedynie boleśnie ranią osobę kochającą.

Podobnie jest z wiarą, ona jako zaufanie i zawierzenie Bogu jest rzeczywistością żywą. Stąd jeśli jest spotkaniem z Bogiem, natychmiast rzutuje na nasze czyny. Ona kształtuje każdą sekundę naszego życia. Wszystko bowiem jest czynione z Chrystusem, w Chrystusie i przez Chrystusa. Nic się nie da czynić bez Niego. Podobnie jak zakochany człowiek cały jest zakochany i szczęśliwy w swej miłości, niezależnie od tego, czy jest blisko osoby kochanej czy nie, tak i wierzący cały jest oparty o Boga, niezależnie od tego, czy o Nim myśli czy nie. On działa na mocy tego właśnie oparcia.

Tak wielu ludzi ochrzczonych dziś popełnia te dwa elementarne błędy. Znak to, że wiara nie jest przemyślana ani przeżywana, to jedynie antyczny mebel, który trudno wyrzucić, bo jest pamiątką po dziadkach, a równocześnie trudno znaleźć dla niego miejsce w nowoczesnych mieszkaniach. Taka wiara „martwa jest sama w sobie”.

Ks. Edward Staniek (http://www.mateusz.pl/czytania/2018/20180916.html#staniek)

Umyć ręce

Teatralna scena mycia rąk przez Piłata, tuż przed wydaniem wyroku śmierci na Jezusa, urosła do rangi ewangelicznego symbolu. Mówi o próbie ucieczki przed odpowiedzialnością. Piłat był poganinem. Umywał ręce publicznie. Chciał w ten sposób ukazać ludziom, że nie jest winien przelania krwi Proroka z Nazaretu. Chciał się usprawiedliwić przed ludźmi.

Nie trzeba być wnikliwym obserwatorem, by dostrzec, jak często ludzie uciekają się do gestu Piłata, jak łatwo umywają swe ręce od odpowiedzialności za swoje czyny. Oto chłopcy kopią piłkę na podwórku. Zabawa angażuje wszystkich. Nagle słychać brzęk tłuczonej szyby, piłka ląduje w oknie. Gdy poszkodowany gospodarz usiłuje ustalić, kto wybił szybę, winnych nie ma. Każdy umywa ręce. W świecie dorosłych jest podobnie. W rzeźni zginęło pięć ton mięsa. Trzyosobowa komisja przesłuchuje siedmioro ludzi odpowiedzialnych za magazyn. Śledztwo trwało cztery dni. Winnych nie znaleziono. Wszyscy zdołali umyć ręce. Jedynie obserwatorzy złośliwie zauważyli, że przed śledztwem było siedmiu ludzi o brudnych rękach, a po śledztwie — doliczając członków komisji — dziesięciu. Umywanie rąk od odpowiedzialności to jedna z dobrze opanowanych umiejętności przez współczesnego człowieka. Szkoda jedynie, że chrześcijanie pilniej naśladują w tym względzie pogańskiego prokuratora Judei, niż Zbawiciela.

Gest umywania rąk był znany nie tylko poganom. Żydzi również umywali ręce, i to wiele razy w ciągu dnia. Chodziło im zarówno o zachowanie higieny, jak i o wykonanie przepisu prawa religijnego. Obmywanie rąk miało oznaczać troskę o czystość serca. Nie chodziło zatem o wzgląd na ludzi, jak to miało miejsce u Piłata, lecz o wzgląd na Boga.

Początkowo gest umycia rąk miał głęboką wymowę. Szybko jednak został zredukowany jedynie do pustego zewnętrznego znaku, któremu nie odpowiadało wewnętrzne nastawienie. Jezus widząc to zakłamanie mocno zaatakował tę praktykę. Przed Bogiem ważna jest czystość nie rąk, lecz serca. „Z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Wszystko to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”. Prawdziwa religijność polega na czystości serca. Ono musi być nie tylko obmyte, lecz wypełnione dobrymi myślami, szacunkiem do człowieka, pragnieniem niesienia pomocy, umiłowaniem prawdy, mądrością.

Jezus, znając ludzką słabość, nigdy nie stawia — jako warunku przynależności do Boga — wolności od jakiegokolwiek grzechu. Nie. On domaga się odpowiedzialności za każdy czyn, a więc i za grzech. Umywanie rąk jako ucieczka od odpowiedzialności jest klęską człowieka. Grzech trzeba przynieść do Boga, bowiem tylko On może nas z niego usprawiedliwić.

Jako chrześcijanie nie możemy w umywaniu rąk naśladować ani Piłata szukającego usprawiedliwienia przed ludźmi, ani Żydów ostro zganionych przez Jezusa. Naszym niedościgłym wzorem jest sam Zbawiciel umywający nie swoje ręce, lecz nogi uczniów. On sam w Wieczerniku dał nam przykład pełnej odpowiedzialności za drugiego człowieka i w formie przykazania nowego wezwał nas, byśmy sobie wzajemnie nogi umywali.

Ks. Edward Staniek (http://www.mateusz.pl/czytania/2018/20180902.html)

Katecheza z praktyką

„Nie lubię wakacji” — oświadcza kobieta, która blisko czterdzieści lat porusza się wyłącznie przy pomocy wózka. „Ludzie wyjeżdżają, myślą bardziej o sobie, a ja zostaję sama. Czekam, kiedy skończą się wakacje, wówczas czuję się bezpieczniejsza. W ciągu roku łatwiej o kontakt, o spotkanie, o pomoc”.

Kiedy obserwujemy tłumy wędrujące wakacyjnymi szlakami, warto pomyśleć o tych, którzy nie mogą brać udziału w „wyścigach” do pociągu czy autobusu, którzy nie założą plecaka, nie zdobędą żadnego szczytu, nie usiądą z innymi przy ognisku. Jest ich miliony. Prawie co dziesiąty człowiek jest niepełnosprawny, z czego wynika, że w każdej dziesięcioosobowej wspólnocie powinno być dla niego miejsce. Wielu form kalectwa fizycznego czy psychicznego nie potrafimy na ziemi zlikwidować, trzeba się zatem z nim liczyć.

Obecność ludzi niepełnosprawnych wśród zdrowych i silnych jest żywą mową Boga o wielkości naturalnych darów, jakie posiadamy. Człowiek z białą laską w ręku mówi o wartości zdrowych oczu, niemowa — o cenie daru języka, siedzący na inwalidzkim wózku — o wolności ukrytej w zdrowych nogach, upośledzony umysłowo — o darze rozumu. Bezpośredni kontakt z tymi ludźmi wzywa do dziękczynienia za dary, jakie posiadamy. Nie nasza to bowiem zasługa, że cieszymy się pełnią sił. Inni, często od urodzenia, bez własnej winy borykają się z kalectwem. Mogło być odwrotnie.

Dziękczynienie Bogu za dary odkryte w zestawieniu ubóstwa człowieka kalekiego z bogactwem w pełni sprawnego, to pierwszy twórczy akt chrześcijanina, to moment głębszej refleksji nad tajemnicą ludzkiego życia i wpisanego weń cierpienia. Byłoby jednak bardzo źle, gdyby tylko na tym się skończyło. Spotkanie z człowiekiem kalekim jest wezwaniem skierowanym przez Boga do uzupełnienia naszym darem tego, czego poszkodowanym przez los brakuje.

Nie posiadamy mocy cudotwórczej, którą dysponował Jezus. Dotknął On głuchoniemego i jednym słowem „Effatha — Otwórz się” uleczył jego kalectwo. My tego nie potrafimy uczynić. Potrafimy jednak użyczyć swoich ust, rąk, oczu, nóg tym, którzy ich nie mają. Tego oczekuje od nas Pan Bóg.

Wielu sądzi, że pomoc ludziom niepełnosprawnym to tylko jednostronne dawanie. Silny i zdrowy daje, a słaby przyjmuje. Jest to poważne nieporozumienie. W wymiarze duchowym wzajemne kontakty kształtują serca i uszlachetniają obie strony. Ci, którzy dobrowolnie podejmują współpracę z ludźmi niepełnosprawnymi, odkrywają, że więcej w tej współpracy otrzymali, niż dali.

Żyjemy w świecie usuwania na margines wszystkich słabych, niezdolnych do rywalizacji z mocniejszymi. Zapominamy jednak, że prawdziwa wartość człowieka ujawnia się w jego odniesieniu do tego, co słabe: do dziecka, starca, chorego, kalekiego. To dlatego w Ewangelii jest tak wiele scen, w których opisano spotkanie Zbawiciela z tymi ludźmi. Ten aspekt chrześcijaństwa jest stanowczo za słabo uwzględniony w katechezie i wychowaniu religijnym. Jak długo katecheza nie zostanie uzupełniona praktyką, tak długo będzie wydawać ludzi niezdolnych do dawania ewangelicznego świadectwa. Każdy rok katechezy winien mieć swój profil, nie tylko religijnych, ale i humanitarnych praktyk. Przynajmniej w jednym roku młodzi ludzie winni zająć się przez jakiś czas konkretnym człowiekiem chorym lub niepełnosprawnym. Dopiero w tym kontakcie można dostrzec, co w młodym sercu się kryje, ile w nim dobroci, a ile egoizmu. Ocena z miłości bliźniego jest najlepszym wykładnikiem ewangelicznej postawy.

Przy tak pojętym wychowaniu katechizujący potrzebują wielu mądrych pomocników, którzy z całą odpowiedzialnością uczyliby wrażliwości na potrzeby ludzi dotkniętych kalectwem. Jeśli w gronie dziesięciu osób winno być miejsce dla jednego z nich, to każdy człowiek winien być przygotowany do współpracy i współżycia z nimi. Jest to problem wielkiej wagi i nie można przejść obok niego obojętnie. Gdyby się tak stało, to wzrastać będzie liczba chrześcijan z ewangeliczną piosenką na ustach, lecz z pogańskim sercem. Ono bowiem jest o tyle chrześcijańskie, o ile jest wrażliwe na potrzeby drugiego człowieka.

Ks. Edward Staniek (http://www.mateusz.pl/czytania/2018/20180909.html)

Obecność milcząca i działająca

W dzisiejszą uroczystość kierujemy z wdzięcznością swoje uwielbienie do Boga za dar Matki w jasnogórskim obrazie Czarnej Madonny. Maryja została przedstawiona na nim z Dzieciątkiem na lewej ręce, prawą ma ułożoną na piersiach w taki sposób, jakby wskazywała na Syna. Za to serce, które bije ciągle dla jej dzieci. Wśród setek polskich sanktuariów Jasna Góra ma swoje pierwsze i uprzywilejowane miejsce. Rocznie to sanktuarium całego Narodu nawiedza od miliona do dwóch milionów pielgrzymów. Przybywają, by modlić się przed cudownym obrazem Maryi, która jest „najjaśniejszym znakiem pełni czasu” (papież Franciszek). U Niej pątnicy szukają u Maryi wsparcia i duchowych sił.

„Kto mnie znajdzie, ten znajdzie życie i uzyska łaskę u Pana”. Łaska przyszła, „gdy nadeszła pełnia czasu” i „Bóg zesłał swojego Syna zrodzonego z niewiasty”. Przez Chrzest Polski w 966 roku, „u początku naszych dziejów, Jezus Chrystus został zaproszony do Ojczyzny, jakby do polskiej Kany. I zaproszona z Nim przybyła od razu Matka Jego. [...] Cokolwiek wam powie, to czyńcie. A co nam mówi Chrystus? [...] Mówi przede wszystkim przez to, Kim jest. Jest Synem Bożym – i przychodzi nam dawać przybrane synostwo. Otrzymując w mocy Ducha Świętego godność synów Bożych, w mocy tegoż Ducha mówimy do Boga: 'Ojcze'. Jako synowie Boga nie możemy być niewolnikami. Nasze synostwo Boże niesie w sobie dziedzictwo wolności. [...] Wolność jest dana człowiekowi od Boga jako miara jego godności. Jednakże jest mu ona równocześnie zadana. 'Wolność nie jest ulgą, lecz trudem wielkości' - jak się wyraża poeta. Wolności bowiem może człowiek używać dobrze lub źle. Może przez nią budować lub niszczyć. Zawiera się w jasnogórskiej ewangelizacji wezwanie do dziedzictwa synów Bożych. Wezwanie do życia w wolności”. Słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w roku 1983 są dziś w Polsce bardziej aktualne niż wtedy.

Wizerunek Matki Boskiej w ikonie częstochowskiej, przypomina nam o obecności i uczestnictwie Matki w losach naszej Ojczyzny. Jest to obecność milcząca, ale działająca. Władysław, książę opolski, wybudował na Jasnej Górze klasztor dla paulinów i oddał im pod opiekę obraz Matki Bożej, czczony na jego zamku. Wkrótce obraz ten zasłynął cudami. Cześć jego wzrosła od czasów obrony Jasnej Góry przed Szwedami, kiedy to Częstochowa stała się jedynym bastionem polskości w okupowanym kraju. Wierzono wówczas, że dzięki wstawiennictwu Maryi, której wizerunek tam czczono i do której o ratunek się modlono, rozpoczął się triumfalny pochód wojsk polskich wypierający szwedzkiego najeźdźcę. W 1717 r. obraz został uroczyście ukoronowany i od tej pory Jasna Góra stała się głównym ośrodkiem kultu Matki Bożej w Polsce.

„Prośmy o łaskę, abyśmy sobie przyswoili Jej wrażliwość, Jej wyobraźnię w służbie potrzebującym, piękno poświęcenia swojego życia dla innych, bez szukania pierwszeństwa i dzielenia. Niech Ona, Przyczyna naszej radości, która wnosi pokój pośród obfitości grzechu i zawirowań historii, wyprasza nam obfitość Ducha Świętego, abyśmy byli sługami dobrymi i wiernymi” (papież Franciszek, Jasna Góra, 27.08.2016).

Ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420136.Uroczystosc-NMP-Czestochowskiej/2)