• AccountKonto parafialne: 10 1050 1344 1000 0004 0042 7753

A A A
Bóg Trójjedynej miłości

Według słów nauczania Soboru Watykańskiego II, „Kościół jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” (Lumen gentium, 1). Kościół jako „komunia” międzyludzka, która jest szczególnym odzwierciedleniem komunii trynitarnej w Bogu: Ojcu, Synu i Duchu Świętym (por. LG, 4). Matka – Kościół daje nam życie Boże, które wypływa ze źródła Trójjedynej Miłości, oraz pomaga to życie rozwijać, aż do pełni świętości. „Na tyle żyjemy, na ile znamy Błogosławioną Trójcę” – to zdanie Ruperta z Deutz może wydawać się przesadzone. Ale dla chrześcijanina ma ono wyjątkowe znaczenie, ponieważ inspiruje i określa całe jego życie.

Znane w całym świecie i zatwierdzone przez Kościół w 1930 roku objawienia fatimskie rozpoczęły się adoracją Trójcy Świętej, której Anioł nauczył pastuszków: „Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty. W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję, ofiaruje Tobie Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego, Jezusa Chrystusa, obecnego na ołtarzach całego świata, jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany. Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i przez przyczynę Niepokalanego Serca Maryi, proszę Cię o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”.

Anioł w Fatimie widzi Trójcę Przenajświętszą w Eucharystii. Kieruje się ku Trójcy Przenajświętszej, kiedy kieruje się ku Eucharystii. Anioł wie, że tylko Syn Boży ma ciało, krew i dusze ludzką. Wie, że ani Ojciec, ani Duch Święty nie stali się ludźmi, ale wie, że Jezus jest nieoddzielny od Ojca i Ducha Świętego. Naucza człowieka, jak wielbić Trójcę Przenajświętszą adorując Eucharystię.

Dzięki modlitwom Anioła objawienia fatimskie wskazują nam Boga, który jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Boga, który jest wspólnotą miłości. Miłość to klucz do zrozumienia orędzia przekazanego w Fatimie: miłość, która przebacza i która wzywa do nawrócenia, miłość uczyniona z miłosierdzia. Podczas wizji w Tuy siostra Łucja zrozumiała, że została jej przekazana „tajemnica Trójcy Przenajświętszej i [otrzymała] natchnienie na temat tej tajemnicy, której [jej] jednak nie wolno wyjawić”. Trójca Święta to najważniejsze z fatimskich słów. Orędzie fatimskie pokazuje tajemnicę Boga kochającego człowieka i tajemnicę człowieka uwikłanego w dramat samotności.

Pozostajemy świadomi, że nasze mówienie o Trójcy Przenajświętszej jest w gruncie rzeczy dramatycznym „jąkaniem się”, jak stwierdził św. Grzegorz Wielki. Ale bez niego w świecie brakowałoby czegoś ważnego. Trójcę Świętą wielbimy, gdy z wiarą czynimy znak krzyża, rozpoczynając czy kończąc modlitwę. Uwielbiamy Ją, gdy wychodząc z Eucharystii, stajemy się świadkami miłości Boga, która w nas jest; kiedy łączymy, a nie dzielimy; kiedy przebaczamy, zasiewamy miłość, a nie ziejemy nienawiścią czy stajemy się pokazowo pobożni.

Ojcze wszechmogący, który wysłałeś na świat Słowo prawdy i Ducha Świętego dla objawienia ludziom twojej cudownej tajemnicy, daj nam, abyśmy poprzez wyznawanie prawdziwej wiary poznali chwałę Trójcy Przedwiecznej i uwielbiali Jej wszechwładną Jedność. Przez Chrystusa Pana naszego.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420098.Uroczystosc-Najswietszej-Trojcy-A)

W szkole Ducha Świętego

W dniu Zielonych Świąt gromadzimy się, jak Apostołowie w Wieczerniku, „wszyscy razem na tym samym miejscu”. I oczyma wiary wpatrujemy się w scenę z Dziejów Apostolskich, kiedy to uczniom, trwającym na modlitwie wraz z Maryją, „ukazały się języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić”. A kiedy powstało to całe zamieszanie, „ów szum”, Żydzi „zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku”.

Oto stało się coś, „czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. A wszystko to dzięki mocy Jezusa! Od tego dnia życie uczniów radykalnie się zmienia: nie ma w nim miejsca na strach, nieufność, niepewność, ale pojawia się szczerość, odwaga, jasność.

Duch Paraklet, „będzie świadczył” o Jezusie, to znaczy będzie wzmacniał naszą słabnącą wiarę, abyśmy i my mogli świadczyć o Nim wobec świata. Będzie także doprowadzał nas „do całej prawdy”, będzie kontynuował Objawienie przyniesione przez Jezusa: tak co do przeszłości, żebyśmy zrozumieli, co Jezus powiedział i uczynił, jak i co do przyszłości.

Jesteśmy pełni zmieszania, tak jak apostołowie w Wieczerniku, może wstydzimy się naszej wiary, może nie umiemy porozumieć się z tym, który nie mówi w naszym języku. Dlatego każdy z nas ma potrzebę swojego własnego zesłania Ducha Świętego, spotkania z odnawiającą i przemieniającą mocą. On jest siłą ożywczą Kościoła. Otrzymujemy go każdy na miarę swojego otwarcia na jego działanie. Duch Święty jest niezbędny w życiu chrześcijańskim: bez Niego człowiek jest właściwie duchowo martwy. Cokolwiek dokonuje się w naszym życiu wiary, dokonuje się właśnie mocą Ducha Świętego. Każda autentyczna modlitwa, akt sakramentalny, szczere wyznanie wiary, skrucha z powodu grzechu, wybuch nadprzyrodzonej radości, uważne słuchanie Słowa Bożego, natchnienie do dobrego uczynku – wszystko to jest dziełem Ducha Świętego.

Wielu spośród wierzących zapomina niestety o obecności Ducha Świętego, klepiąc duchową biedę. Odmawiają jakieś paciorki, w niedziele spóźniają się do kościoła i boją się wejść do środka, przeżywają ciągłe lęki i wyrzuty sumienia z powodu swoich grzechów, przyciśnięci trwogą błagają Boga o ratunek, z okazji pogrzebu czy ślubu „idą do Komunii”, coś tam piąte przez dziesiąte pamiętają z katechizmu, o Biblii ledwie co słyszeli. To nie jest życie wiary, lecz duchowa, religijna wegetacja! A przecież Duch Święty jest cały czas do ich dyspozycji.

Podobnie jak Apostołom, Duch Święty został dany także i mnie. Po to, bym stawał się odważnym świadkiem Chrystusa i Jego Ewangelii w świecie. Dziś pełni ufności chcemy prosić usilnie w modlitwie o nowe wylanie Ducha na nas, na nasze rodziny, na cały świat, abyśmy zaczęli żyć według Ducha i byli naprawdę wolni.

Czekanie na burzę

Letnie burze przychodzą nagle. Człowiek nawet nie zauważa, że blade od skwaru niebo gwałtownie granatowieje. Dostrzega zagrożenie wtedy, gdy dopada go pierwszy podmuch pachnącego deszczem wiatru i basowy pomruk dochodzący z ciemnych wnętrzności nieba.

Gdy zbliża się burza, nie można biernie się jej przypatrywać. Dopiero wraz z pierwszymi kroplami deszczu przychodzi radość, jeśli udało się zdążyć przed żywiołem.

Szum wiatru i ognisty piorun wymogły na ludziach działanie i przyniosły stokrotny owoc. Ponagleni przez niebo stali się sobie bliżsi…

Pozostajemy w oczekiwaniu na Zesłanie Ducha Świętego, który zstąpi w podobnej, gwałtownej nawałnicy i nie pozostawi nikogo obojętnym. „Biednych rozsądzi sprawiedliwie, pokornym wyda słuszny wyrok, ubogim ogłosi dobrą nowinę, chorym opatrzy rany, jeńców i więźniów uwolni, wszystkim okaże łaskę”. Jak w Samarii, gdzie „(Apostołowie) wkładali na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego”.
Oczekiwanie na ognisty wicher Ducha nie może jednak być bierne, wymaga czujności, otwarcia, działania całego Kościoła i każdego wierzącego. Św. Piotr woła więc: „Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest”, „zachowujcie czyste sumienie”, „lepiej (…) cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle”.

Moc Ducha Świętego pozostaje w jakiś tajemniczy sposób uzależniona od wolnej woli człowieka, który może, ale nie musi, otworzyć swoje serce i umysł na Jego działanie. Pycha i egoizm, obojętność i pogarda, którą okazują wobec Ducha ci, którzy „mają uszy, ale nie słyszą”, sprawia, że „świat (Go) przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna”.

Tymczasem Duch Święty nieustannie zstępuje na Kościół i wiernych, na cały świat przez siebie stworzony i podtrzymywany w istnieniu. „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy”. Odnowa ziemi w Duchu Świętym polega na umiłowaniu Prawdy. Tej Największej, jaką jest sam Bóg Wcielony, Ukrzyżowany i Zmartwychwstały i tej najmniejszej, prawdy o swoim codziennym upadaniu i z grzechów powstawaniu.

Już drży wiosenne powietrze od śladów skrzydeł Ducha Świętego, który jak gołębica podczas potopu za czasów Noego, i nam dzisiaj przynosi do arki Kościoła gałązkę oliwną na znak Bożego przebaczenia, pojednania i pokoju. „Wy Go znacie – mówi do nas Jezus – ponieważ u was przebywa i w was będzie”.
Chcę Go poznawać ciągle na nowo, pragnę być Jego narzędziem, znakiem Bożego miłosierdzia. Niech przeze mnie Duch Jezusa jednoczy rozproszone i odnawia oblicze ziemi, aby „wielka radość panowała w (naszym) mieście”.

ks. Arkadiusz Wuwer (https://liturgia.wiara.pl/doc/420095.6-Niedziela-Wielkanocna-A/5)

Nadzieja na niebo

Liturgia Słowa uroczystości Wniebowstąpienia daje nadzieję na niebo. Pierwszym i najważniejszym gwarantem tej nadziei jest Chrystus, który „został wzięty do nieba”. Dał też Apostołom wiele dowodów, że żyje. Po swoim zmartwychwstaniu ukazywał się im wielokrotnie. W momencie wniebowstąpienia aniołowie zapewnili uczniów: „Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”.

Nadzieja chrześcijańska, jak wskazuje psalmista, jest połączona z radością i oddaniem Bogu chwały, uwielbieniem. Przedmiotem tej nadziei jest niebo – przebywanie w chwale Trójcy, której zasiadł Syn Boży. To On ma władzę nad wszystkim, jest Głową Kościoła. Jak zauważa papież Franciszek: „Kiedy Jezus wstąpił do nieba, zaniósł do Ojca Niebieskiego człowieczeństwo – nasze człowieczeństwo – które przyjął w łonie Matki Dziewicy, i nigdy już go nie porzuci. Jak kotwicę, utkwijmy naszą nadzieję w tym człowieczeństwie umieszczonym w niebie po prawicy Ojca (por. Ef 2, 6). Niech ta nadzieja będzie dźwignią życia nas wszystkich! Nadzieja, która wspiera nas zawsze, aż do ostatniego tchnienia” (Fatima, 13.05.2017).

Każdy człowiek potrzebuje nadziei, by posiadać Boga. Chrześcijanin, dla którego sytuacja nigdy nie jest beznadziejna, wezwany jest do tego, aby „wypłynąć na głębię” i, poznając oblicze Chrystusa, ciągle na nowo „przekraczał próg nadziei”. W tym kontekście znamienne jest stwierdzenie św. Jana Pawła II: „Jest rzeczą bardzo ważną, ażeby przekroczyć próg nadziei, nie zatrzymywać się przed nim, ale pozwolić się prowadzić” (Przekroczyć próg nadziei, Lublin 1994, s. 163.). W ujęciu biblijnym nadzieja jest więc pragnieniem, które kieruje nas ku szczęściu. Nadzieja zawiera w sobie odwagę istnienia i działania, połączoną z akceptacją ryzyka w życiu, z cierpliwym znoszeniem trudu i bólu, niecofaniem się nawet przed śmiercią. W świetle Biblii nadzieja realizuje się więc w trzech krokach, jakby w trzech wątkach: obietnicy, próby i spełnienia.

Wydaje się, że dziś nadzieja jest z jednej strony najbardziej nieodzowna, ponieważ stanowi dla człowieka moc pośród cierpień, doświadczeń i przeciwieństw. Gwarantem tej nadziei jest Jezus Chrystus, który do końca umiłował, czemu dał wyraz w Eucharystii. Z drugiej jednak strony nadzieja wydaje się najbardziej zagrożona przez odrzucanie Jezusa Chrystusa i Jego dzieła zbawczego: obojętność wobec Zmartwychwstałego, słowa Bożego, brak modlitwy, życia sakramentalnego i stanu łaski uświęcającej. Zamknięcie na Jezusa powoduje zamknięcie na niebo.

Nadzieja na niebo, do którego nikt z nas nie może wejść wyłącznie o własnych siłach, wynika z przyjęcia w swoim życiu Jezusa, który „jak Brat starszy nas prowadzi do radości swego Ojca”. Nie jest to ucieczka od świata, ani jego odrzucenie. Tej nadziei nie można sprowadzić wyłącznie do aktywności w porządku doczesnym. Pozwala natomiast iść do tych, „którzy się źle mają” i być wśród nich apostołami Bożej, uzdrawiającej miłości. Może nas też pobudzić do dawania w codziennym życiu godnej odpowiedzi na niezmierzoną miłość Boga, zarówno przez „święty niepokój”, jak i realizm.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420096.Wniebowstapienie-Panskie-A)

Wiara drogą ucznia Jezusa

Uczniowie z dzisiejszej Ewangelii przeżywają zamęt, są zasmuceni i zarazem zawstydzeni. Słuchają bowiem o zapowiedzi zdrady Jezusa przez jednego z nich i rychłego rozstania z Nim. Pan przywraca im pokój słowami: „Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”.

Co znaczy wierzyć słowom Jezusa? To przede wszystkim mieć świadomość, że Bóg nas miłuje i pragnie, abyśmy żyli w Jego obecności. Dlatego Jego miłość nie pozwala nam wpuszczać do serca tysięcy lęków, które nieustannie zadręczają i próbują decydować o naszym dniach i relacjach z innymi. Wierzyć, to zgodzić się być w drodze, w ciągłym ruchu, choć pragnęlibyśmy spoczynku i bezpiecznego życia. To przyjąć Jezusa i Jego naukę. Ewangelia, księga życia Jezusa, ma stawać się księgą naszego życia. To księga, która stanowi początek. I do niej mamy powracać dzień po dniu, ponieważ nas kształtuje, przemienia, odnawia.

Kard. J. Ratzinger wskazuje, iż „wiara dorosła nie idzie z prądem mód i nowinek; wiara dorosła i dojrzała jest głęboko zakorzeniona w przyjaźni z Chrystusem. Ta przyjaźń otwiera nas na każde dobro, dając nam zarazem kryterium rozeznania prawdy i fałszu, odróżnienia ziarna od plew. Do tej dorosłej wiary musimy dojrzewać, ku niej powinniśmy prowadzić Chrystusową trzodę. I właśnie ta wiara - i tylko ona - tworzy jedność, realizując się w miłości. Święty Paweł w tym kontekście - w przeciwieństwie do nieustannego miotania się tych, którzy niczym dzieci pozwalają się nieść falom - daje nam piękne słowo: czynić prawdę w miłości, jako podstawową zasadę chrześcijańskiego życia. W Chrystusie spotykają się prawda i miłość. W miarę zbliżania się do Chrystusa także w naszym życiu prawda i miłość stapiają się ze sobą. Miłość bez prawdy byłaby ślepa; prawda bez miłości byłaby niczym cymbał brzmiący (1 Kor 13, 1)” (Msza na rozpoczęcie konklawe, 19.04.2005).

Dzisiejszy świat poszukuje drogi wiodącej do doskonałości. Tego pragnienia człowiek nigdy nie będzie mógł się pozbyć. Jezus mówi o sobie w Ewangelii św. Jana: Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Kolejność określeń, których używa nie jest przypadkowa. Najpierw trzeba wyruszyć, znaleźć się w sytuacji drogi, która stwarza w nas gotowość do wyjścia poza nasze nawyki i przyzwyczajenia, drogi, która pozwala porzucić „starego człowieka”. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie otworzyć się na słowo prawdy, która prowadzi do pełni życia.

Ks. Jan Twardowski zauważa, iż często słyszymy pretensje: Nie wierzę dlatego, że nie widzę. Ale gdyby nagle Jezus ukazał się, Matka Boża zastukała w okno, a Anioł stróż wyszedł z konspiracji i położył mi rękę na ramieniu, to byłoby inaczej. Wtedy bym naprawdę uwierzył. Wielkością i urokiem wiary jest właśnie to, że człowiek nie widzi i nie rozumie.

Nie bójmy się drogi, mimo że wiąże się czasem z ciemnością, domaga się podejmowania ryzyka. Świadectwa wiary nie da się „odgrywać”. Nawet nie można sobie postanowić: będę świadkiem wiary i stać się nim. Bo świadkiem wiary jest tylko ten, kto żyje wiarą, a żyć wiarą – znaczy dawać swoje życie.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420094.5-Niedziela-Wielkanocna-A)