• Spowiedź przedświąteczna
    Spowiedź przedświąteczna

    Od poniedziałku do soboty:

    8.00 - 12.00 i 16.00 - 18.30.

     

    W poniedziałek 24.XII od 8.00 do 12.00.

  • Odwiedziny duszpasterskie

    Odwiedziny duszpasterskie w Naszej Parafii po Nowym Roku !!!

    Szczegółowy plan kolędy dostępny jest tutaj.

  • Porządek mszy

    Niedziela:
    5:15, 7:00, 8:30, 10:00, 10:00 (Brzeziny), 11:30, 17:00

    Dni powszednie:
    6:00, 8:00, 18:30

    Msze dodatkowe w tygodniu:
    W pierwszy piątek: godz. 17.00
    W trzecią środę:  godz. 15.00
    W trzeci piątek:  godz. 15.00

  • Adoracja Najświętszego Sakramentu
    Adoracja Najświętszego Sakramentu

    Od poniedziałku do piątku

    od 8:30 do 18:30

     

  • Biuro parafialne
    Poniedziałek:  Nieczynne
    Wtorek: 16.00-17.30
    Środa: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Czwartek: 8.30-9.00 i 17.00-17.30
    Piątek: 8.30-9.00
    Sobota: Nieczynne

    Furta klasztorna:

    Poniedziałek - Piątek:   8:00-12:00 i 14:00-17:00
    Sobota: 8:00-12:00

  • Ochrona danych osobowych w Kościele

    W związku z wejściem w życie 25 maja 2018r. nowych wytycznych dotyczących ochrony danych osobowych (RODO) odnoszących się także do Kościoła Katolickiego zapraszamy do zapoznania się z niektórymi aspektami praktycznymi.

A A A
BÓG ZBAWIENIEM NASZYM

Punktem wyjścia tego niedzielnego rozważania niech będą te oto słowa z dzisiejszej Ewangelii:

"Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im" (Mk 1, 29).

Człowiek od zawsze zmaga się z tajemnicą cierpienia. Raz po raz ludzie zadają sobie te oto pytanie: "Jeśli Bóg jest dobry, to czemu tyle zła na świecie?". Ten jakże trudny temat porusza również Księga Hioba, której fragment usłyszeliśmy w pierwszej lekturze. Mędrzec Hiob strasznie cierpiał i zmagał się z Bogiem. Skarżył się: "Moim działem miesiące nicości i wyznaczono mi noce udręki". W końcu uznał, że Bóg jest tajemnicą, której nie da się przeniknąć; tak samo i los człowieka wraz z jego cierpieniem to tajemica. Przed Bogiem musimy zamilknąć, tak jak Hiob:  "położyć palec na ustach". Trzeba się zadowolić biblijnym wytłumaczeniem pochodzenia zła, choroby i śmierci: Bóg ich nie chciał, weszły one na świat przez zawiść diabła i nieposłuszeństwo człowieka. Na nic się zda nasze buntowanie się i stawianie Boga przed sądem. Jesteśmy grzeszni i żyjemy w świecie przeżartym przez grzech; a na dodatek po tym wszystkim czeka nas śmierć. To wszystko jest bardzo nieprzyjemne. Ale gniewanie się na Pana Boga tylko pogarsza naszą sytuację. Zamiast filozofować, oburzać się na Pana Boga i rozpaczać, doceńmy Odkupienie i ofertę zbawienia, jaką przedstawia nam Chrystus. Do nieba wejdziemy nie przez gadanie i mędrkowanie, ale przez uwierzenie w miłość Boga Stworzyciela, która objawia się w Jezusie Chrystusie; przez posłuszeństwo okazywane Bogu; przez dobre uczynki; idąc po prostu drogą krzyża wskazaną nam przez Chrystusa. Uzdrowienia i inne cuda dokonywane przez Pana Jezusa są znakami wskazującymi na to, że Bóg jest Dobrem najwyższym, Źródłem i Gwarantem naszego własnego życia i zdrowia. Teściowa Szymona uzdrowiona przez Chrystusa od razu wstała i usługiwała mu. My też winniśmy nasze życie i zdrowie przeznaczać na służenie Bogu i ludziom. Po to Stwórca nam je dał. Nadejdzie taki dzień, że Bóg uwolni nas od wszelkiego zła. Póki co, trzeba uzbroić się w cierpliwość i pełnić wolę Bożą. A celem uzdrowień i cudów dawniej i dziś jest przypomnienie nam, że Bóg o nas nie zapomniał. On daje te znaki, aby wspomóc naszą wiarę i podnieść nas na duchu.
     
I dziś Bóg uzdrawia. Oto jeden z niezliczonych przykładów lourdzkich:

"Dnia 27 lipca 1897 roku uzdrowioną została nagle w Lourdes Magdalena Jullian pochodząca z Meynes w Belgii. Oto jak opisuje to uzdrowienie Dr Romant:

«Czyniąc zadość żądaniu, abym ogłosił całą prawdę, co do uzdrowienia panny Jullian z Meynes, oświadczam stanowczo, że została ona rzeczywiście uzdrowioną w Lourdes.

Po raz pierwszy ujrzałem tę panienkę z Meynes dnia 20 lipca 1897 roku. Przedtem nie znałem wcale tej rodziny. Chociaż zawód nasz czyni nas do pewnego stopnia obojętnymi na cierpienia ludzkie, jednak na widok tej nieszczęśliwej uczułem się do głębi wzruszonym.

Wyobraźcie sobie szkielet poruszający się nerwowo, z twarzą trupią i zapadłymi oczyma, w których zdawał się dogasać ostatni promyk życia, - a będziecie mieli pojęcie o biednej Magdalenie, która wówczas stała już po prostu nad krawędzią grobu. Ze wzruszeniem uścisnąłem wychudłą, rozpaloną jej rękę, po czym ulegając prośbom strapionych rodziców, zacząłem ją badać. Niebawem też przekonałem się, że w zakresie mego zawodu nic już dla niej nie zdołam uczynić.

Magdalena uśmiechała się z mego zakłopotania.

— Nie chcę umrzeć, doktorze — rzekła — wiem, że pan mnie nie uleczysz. Lecz możesz mi pan oddać wielką przysługę, nakłaniając moich rodziców, by mnie zawieźli do Lourdes, gdzie Najświętsza Panna mnie uzdrowi.

Ojciec, matka i brat zaprotestowali stanowczo przeciw temu żądaniu, mówiąc mi, że chora umrze w drodze. Tegoż samego zdania był i tamtejszy ksiądz proboszcz, który oświadczył bez ogródek, że taki szkielet nie może wziąć udziału w pielgrzymce.

— Będą z nas wszyscy szydzili — dodał — bo czyż podobna zabierać ze sobą chorą, która już od kilku miesięcy nic prawie nie jadła?

— Księże proboszczu — odparłem — nie sprzeciwiaj się życzeniu tego dziewczęcia. Czy tu czy w Lourdes, umrzeć ona musi, - nie odmawiaj jej więc tej ostatniej pociechy.

Zdecydowano się zatem na podróż i w kilka dni później chora przybyła do Lourdes. Przy sadzawce panie trudniące się kąpaniem chorych cofnęły się z przerażeniem na jej widok.

— Nie możemy — rzekły — zanurzyć w wodzie takiego szkieletu! Jak mogliście nam przywieźć taką chorą, która z pewnością nie wyjdzie żywa z wody!

Pomimo tego Magdalena Jullian zaczęła nalegać ze łzami, aby ją zanurzono, a gdy spełniono jej prośbę, skutek nastąpił z szybkością błyskawicy i Magdalena zawołała:

— Jestem uzdrowioną!...

Było to dnia 7 lipca 1897 roku.

Od tej chwili wrócił apetyt, ogólny stan zdrowia nic nie pozostawiał do życzenia i młoda dziewczyna z dniem każdym czuła się silniejsza. Czuwałem nad nią w Meynes przez cały sierpień i wrzesień i przekonałem się, że uzdrowienie jej było zupełne. Dziś panna Jullian wybornym cieszy się zdrowiem.

Odwiedziła mnie ona wczoraj, 18 grudnia, i prosiła, abym jej dał świadectwo choroby i uleczenia, co czynię z przyjemnością, gdyż winienem ten hołd prawdzie. Zresztą ani w Meynes ani w okolicy nikt nie może zaprzeczyć istnieniu tego nadprzyrodzonego faktu, nie podlegającego żadnej wątpliwości...»

I któż jeszcze wątpić będzie, wobec wielkiej ilości podobnych faktów, że Najświętsza Maria Panna Niepokalana jest uzdrowieniem chorych?".

Po Bogu najbardziej nas kocha Matka Jezusa i to Ona jest Autorką najlicznieszych współcześnie cudów. Jej macierzyńska miłość jest znakiem ojcowskiej wzgledem nas miłości Boga. Kochając Boga objawionego w Chrystusie, kochajmy Matkę naszego Pana. Jednak pamiętajmy, że to nie cuda i uzdrowienia są tu najważniejsze. Najważniejsze jest zbudzenie wiary, bo to wiara i życie z wiary jest kluczem otwierającym bramy nieba. Ks. Gaston Courtois napisał:

"Maryja związana prawem poszanowania naszej ludzkiej wolności, może wypełnić swoją macierzyńską rolę w stosunku do nas o tyle tylko, o ile my sami zachowujemy się w stosunku do Niej jak dzieci pełne miłości i oddania. Może nas wspomóc tym, czego mamy prawo od Niej oczekiwać, to znaczy swym wstawiennictwem i swym dobroczynnym wpływem tylko wówczas, gdy obdarzymy Ją tym, czego Ona ma prawo od nas oczekiwać, tzn. naszą modlitwą, naszym sercem, naszym życiem".

Cuda i uzdrowienia dokonywane przez Chrystusa przypominają nam, że Bóg pragnie obdarzyć nas życiem, zdrowiem i szczęściem; że królestwo Boże jest już blisko. Dziś nasz Pan posyła nam swoją Matkę. Jej cuda i uzdrowienia również są znakiem, że niedaleko od nas jest królestwo niebieskie; że mamy się przygotować na spotkanie z Bogiem, który niebawem nadejdzie. Czym Jego przyjście będzie dla nas?



o. Czesław Front


 

ISTNIENIE SZATANA

Wtedy duch nieczysty zaczął nim miotać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne” (Mk 1,27-28).

Dzisiejsza Ewangelia święta mówi nam o tym, że Jezus uwolnił człowieka opętanego przez ducha nieczystego. W trakcie egzorcyzmu diabeł wrzeszczał wniebogłosy, ale w końcu musiał wyjść z nieszczęśliwego  człowieka. Ewangelie podają wiele jeszcze innych podobnych przypadków. Także i dziś są ludzie opętani bądź dręczeni przez diabła; są także egzorcyści, którzy zajmują się wypędzaniem złych duchów. Istnienie szatana i jego złowrogi wpływ na ludzi jest prawdą naszej świętej katolickiej wiary. Dlatego też pragnę krótko coś o diable powiedzieć.

Złe duchy były kiedyś duchami dobrymi. Bóg je stworzył z miłości i obdarzył niewyobrażalnie dla nas wzniosłymi przymiotami. Żyły te anioły w miejscu Bożej chwały, ale oblicza Boskiego jeszcze nie oglądały; aby sobie na to zasłużyć, musiały przedtem być poddane próbie. Bóg zażądał najpierw, aby kochały Go, uznały Jego zwierzchność i były Mu posłuszne. Na to cudne duchy się zgodziły, choć nie wszystkie w jednakowym stopniu. Niektóre odczuwały pewne niezadowolenie. Nie podobało im się, że przed kimkolwiek mają zginać kolana. Podziwiały swą anielską piękność i wiedzę. Zaczynała rodzić się w nich pycha... Następnie Bóg wyjawił im zamiar  stworzenia człowieka i zamiar wcielenia się Boga, przed którym to Bogiem-Człowiekiem będą się duchy niebieskie musiały ukorzyć; a także i przed Matką wcielonego Słowa Bożego, w której anioły będą musiały uznać swą Panią i Władczynię.

Wtedy zbuntował się najwyższy archanioł, ulubieniec Boga, Lucyfer, którego imię znaczy "niosący światło". Poruszony pychą, uznał się za równego Bogu i wypowiedział słynne "nie będę służył". Za nim poszła trzecia część aniołów. Ich grzech był tak wielki, że w jednej chwili z cudnych aniołów przedzierzgnęli się w najohydniejsze czarty. Niewdzięczni ci aniołowie, stali się przez swoje grzechy niegodni wiecznego oglądania Boga. Po strasznej walce prowadzonej bronią rozumu, rozsądku i prawdy, z hasłem "Któż jak Bóg", święty Michał Archanioł strącił zamienionego w smoka Lucyfera do piekła, a wraz z nim resztę zbuntowanych aniołów. Dobre ongi anioły, po upadku przemieniły się w swoje przeciwieństwo. Teraz są już niereformowalni, ostatecznie utwierdzeni w złu. Nienawidzą Boga i nienawidzą ludzi. Zwiedli pierwszych rodziców licząc na to, że Bóg skarze nieposłusznych ludzi na wieczne potępienie. Jednak zawiedli się szatani: Bóg przebaczył pierwszym rodzicom i zamiast wtrącić ich do piekła, dał im czas na pokutę. Diabły mszczą się teraz na nas, próbując przywieść nas do ostatecznego upadku. Chcą, abyśmy łamali wolę Bożą i umarłszy w zatwardziałości serca ostatecznie się potępili. Jednak diabły nie mogą nas do grzechu zmusić, jedynie mogą nas kusić i zło sugerować. Jeśli będziemy używać środków, jakich Bóg nam użycza, to oprzemy się diabłu, odpokutujemy za nasze grzechy i po śmierci pójdziemy do nieba. Zajmiemy tam trony opuszczone przez upadłe anioły...

Porwany w uniesieniu św. Franciszek zobaczył otwierające się przed jego oczyma niebo i między rozlicznymi krzesłami zauważył jedno, które wyróżniało się spośród pozostałych. Było najpiękniejsze, ozdobione drogocennymi kamieniami odbijającymi światło... Dał się słyszeć głos z wysoka: "Należało do jednego ze zbuntowanych aniołów, a teraz jest zarezerwowane dla pokornego Franciszka". Franciszek nie dał się zbałamucić tym widzeniem. Zapytany przez innego brata, powiedział: "Gdyby zły człowiek został przez Chrystusa napełniony łaską z taką hojnością jak ja, to myślę, że byłby znacznie bardziej wdzięczny ode mnie".

Naśladujmy pokornego św. Franciszka, a nie broń Boże pysznego Lucyfera i tych, którzy za nim poszli i idą. Pamiętajmy, jesteśmy na tym padole płaczu na próbę. Jeśli próbę tę przejdziemy, to oglądać będziemy na wieki oblicze Boga, który nas stworzył.



o. Czesław Front


 

By móc, trzeba chcieć. By słyszeć, trzeba słuchać

Zawsze nas ciekawi i będzie ciekawić to, co nas czeka. Niektórzy uciekają się do złych sposobów uzyskania tej wiedzy (wróżki, horoskopy itp.). My, chrześcijanie, mamy inną możliwość – wejrzenie w przyszłość, nie tę doczesną, ale tę wieczną, umożliwia nam wspaniały przewodnik, jakim jest Pismo Święte. Wnioski wysnuć możemy praktycznie po każdym, nie tylko niedzielnym, słuchaniu czytań. Zaś dzisiejsze czytania są wyjątkowo jasnym przekazem tego, co Pan nam obwieszcza o naszej przeszłości, przyszłości i teraźniejszości.

Tłumaczy nam, jak słuchać, jak słyszeć, jak postrzegać nie tylko słowo Pana, ale i Jego osobę. Jak wyciągać właściwe wnioski ze słów płynących z czytań i Ewangelii, wreszcie jak być posłusznym i otwartym na wołanie. Wołanie Tego, Kto wie, jak i kiedy nas powołać, i Kto wie, kim lub czym byliśmy, jesteśmy i będziemy. Za szybko? Zbyt wiele słów, które niewiele nam mówią? Może po kolei. Przykład Samuela wołanego przez Pana, Samuela, który „jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie nie było mu jeszcze objawione...” (1 Sm 3,7), obrazuje nas, którzy słyszymy wołanie Pana, ale jeszcze nie jesteśmy gotowi na nie odpowiedzieć. Musimy dopiero zrozumieć i wsłuchać się w wołanie, aby potem być gotowymi na przyjęcie Słowa Pańskiego, na to, by Pan był z nami i „Nie pozwolił upaść żadnemu jego słowu na ziemię.” (1 Sm 3,19).

Musimy być gotowi na przyjęcie Słowa, ale również na spełnienie tego, czego od nas Pan oczekuje. A czego, zapytacie? Oczekuje od nas wiedzy o tym, kim jesteśmy, mówi nam, „czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za [wielką] bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele!” (1 Kor 6, 19-20). Mówi nam, iż nasze ciało to świątynia Pana, to dom, w którym mieszka Bóg, uświadamia nam również to, że Jego śmierć na krzyżu spowodowała, że jesteśmy Jego własnością, Jego domem, Jego Kościołem. Jeżeli to zrozumiemy, łatwiej będzie nam kroczyć przez życie doczesne, zmierzając ku wieczności.

Aby wiedzieć, jak postępować, mamy brać za wzór tych, którzy jako pierwsi zostali powołani do służby Pana, którzy bez ociągania porzucili doczesność, zgadzając się na wszystko, łącznie ze zmianą imienia, którzy pozostali wiernymi do ostatniej chwili życia. Najlepszym tego przykładem jest święty Piotr, który usłyszał od Pana: „«Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas» – to znaczy: Piotr.” (J 1, 42). Zrozumiał i przyjął na swoje barki to, co mu Jezus przeznaczył, czyli prowadzenie całej owczarni, jaką jesteśmy my wszyscy. Wiem, że nie jest łatwo rzucić wszystko dla Niego i podążać Jego drogami. Ale i my w dzisiejszych – jakże ciekawych – czasach mamy możliwości podążania za Panem mimo naszych obowiązków, mimo różnych spraw doczesnych, które nas krępują niewidzialnymi nićmi. Na tych, którzy pozwolą sobie na usłyszenie wołania, na bycie świątynią Pana, wreszcie na podążanie Jego drogą, czeka niespodzianka nie tylko w wieczności, ale i tutaj, na ziemi:  to Błogosławieństwo, mądrość i miłość, które pomagają nam w każdej chwili naszego bytowania.

Panie daj mi umiejętność usłyszenia Twojego wołania, bym podążał Twoją drogą, drogą miłości i sprawiedliwości, którą Ty Jesteś.



Piotr Blachowski (http://liturgia.wiara.pl/doc/419978.2-Niedziela-zwykla-B/2)


 

Czas się wypełnił

Ciekawe jest zestawienie dwu wypowiedzi biblijnych na temat czasu. Jedna pochodzi od Jezusa: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże”. Druga od św. Pawła: „Czas jest krótki”. Jak je należy rozumieć?

Dopóki Syn Boga nie przybył na ziemię, byliśmy podobni do podróżnych płynących na tratwie z prądem rzeki. Szybko, czasem w obliczu wielkich niebezpieczeństw, mknęła tratwa, a na niej ludzkość pokonując wodospady, wiry, mielizny, groźne zakręty. Wszyscy wiedzieli dokładnie, że nie można jej zatrzymać. Życie było ograniczone wyłącznie do niej. Kto z niej spadał, znikał na zawsze w głębokościach rzeki. Starożytny myśliciel grecki — Heraklit, żyjący na przełomie VI i V wieku przed narodzeniem Chrystusa, ujął to w krótką zasadę: „wszystko płynie”.

Ludzkość doświadczała szybkiego nurtu rzeki czasu i swej bezsilności w jego opanowaniu, notowała jedynie ciekawsze dzieje tych, którzy na tratwie się rodzili i którzy z niej wpadali w nurty rzeki na zawsze. I oto na tej tratwie pojawił się Syn Boga i objawił prawdę zdumiewającą. Oto wody rzeki czasu wpływają do oceanu wieczności. W tym oceanie rzeka znajduje swe wypełnienie. To w tym znaczeniu Jezus mówi: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże”, innymi słowy czas znajduje swe wypełnienie w wieczności, a tajemnicą wieczności jest królestwo Boże.

Ta zmiana perspektywy życia w czasie, przez otwarcie jej na wieczność, wymaga gruntownej zmiany myślenia i działania wszystkich mieszkańców tratwy, jaką jest ziemia. W tym celu Jezus odrywa niektórych od ich codziennych zajęć i każe im zająć się przestawieniem życia z wymiarów doczesnych na wieczne. Tak należy rozumieć powołanie Piotra, Andrzeja, Jana, Jakuba, którzy opuścili łodzie, by stać się rybakami ludzi, i tak należy rozumieć każde powołanie kapłańskie na przestrzeni wieków. Ci ludzie zostali wyposażeni w odpowiednią moc słowa, które jest w stanie przebić twardą skorupę czasu i otworzyć ludzkie serca na wartości wieczne.

W tym duchu św. Paweł pisze do Koryntian: „Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci co mają żony, tak żyli jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, jakby nie płakali, ci zaś, co się radują tak jakby się nie radowali” (1 Kor 7, 29). Chodzi o to, by nikt nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do tego, co jest zniszczalne. „Przemija bowiem postać tego świata”. Koryntianie z pewnością znali zwięzłe powiedzenie Heraklita i w niejednej sytuacji powtarzali „wszystko płynie”. Paweł chciał im powiedzieć, że płynie w stronę królestwa Bożego i w tej sytuacji ich codzienne życie winno być nastawione na spotkanie z tą wieczną rzeczywistością.

Jakże wielu ludzi jeszcze dziś, mimo ostrzeżenia św. Pawła i tak jasnego oświadczenia Chrystusa, chce zamknąć swe życie wyłącznie w perspektywie doczesnej. Co więcej, prawie na każdym kroku obserwujemy, jak z rąk wielu wypadają w głęboki nurt czasu kochane osoby — mąż, żona, matka, dziecko, jak łatwo utracić stanowisko, sławę, pieniądze... i mimo tak bolesnego doświadczenia, niewielu potrafi „używać tego świata, tak jakby go nie używało”.

Jeśli chwila obecna ma kształtować moje serce na wieczność, to nie mogę go wiązać z żadną wartością doczesną, aby w godzinie jej utraty nie dzieliło jej losu. Ono musi być wolne. Można powiedzieć, że doskonała wolność serca od dóbr doczesnych uzdalnia je do odkrywania ich piękna i wartości, a zarazem ich przemijalności. Ona też umożliwia ich właściwe wykorzystanie zarówno z punktu widzenia doczesnego, jak i wiecznego.

Szczęśliwy, kto odkrył, że jego czas jest krótki, że postać tego świata przemija, i że bliskie jest królestwo Boże.



Ks. Edward Staniek (http://www.mateusz.pl/czytania/2018/20180121.html#oremus)


 

Razem z Jezusem ochrzczeni

W Janie, synu Zachariasza, dojrzewało posłannictwo. Musiał iść i mówić. W końcu nadszedł oczekiwany dzień. Wśród proszących o obmycie wodą oczyszczenia był ON. Nie wyróżniał się niczym zewnętrznym - ni odzieniem, ni wyglądem, nawet nie słowami, bo milczał. Nieznajomy, a przecież znany od zawsze. Wielu ludzi obmytych wtedy wodą Jordanu poszło przed siebie, jakby nie wydarzyło się nic wielkiego. Kiedy po wielu miesiącach dotarła do nich wieść o pełnym mocy Rabbim z Nazaretu, dziwili się. Jezus nad Jordanem, rozpoznany jedynie przez Jana, stał się później wyzwaniem dla rodaków. Nie mogli sobie poradzić z wyzwaniem, które ich przerosło. Ukrzyżowali zatem Tego, którego tajemnicy nie potrafili pojąć. A On stał się wtedy jeszcze większym wyzwaniem. Nie tylko dla nich. Już dwa tysiące lat osoba Jezusa i Jego nauka są wyzwaniem.

Jakoś niewielu jest wobec Niego obojętnych. Co najwyżej silą się na obojętność. Będąc wśród ludzi, wiem, że sama moja obecność niejednego prowokuje. Moja? Nie. Obecność księdza, zakonnicy, papieża w telewizji przywołują niematerialną obecność Jezusa. I to On prowokuje. Gdyby chodziło tylko o historyczne ustalenia, gdyby chodziło o humanitaryzm Ewangelii, gdyby chodziło o założyciela wielkiej religii... Dobrze wiemy, że chodzi o coś więcej. Jezus - człowiek jest równocześnie Synem Bożym - twierdzą chrześcijanie. Jeśli Syn Boży stał się człowiekiem, to wielka godność człowieka jest niepojęta. Każdego człowieka. To zobowiązuje. Z jednej strony do wielkiego szacunku wobec każdej ludzkiej osoby. Z drugiej zaś strony taka wielkość człowieczeństwa domaga się poszanowania zasad moralnych, które bywają niewygodne. Prorok Izajasz woła w imieniu Boga: Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana! Ci, którzy nie chcą o tym słyszeć, nie potrafią przejść obojętnie obok Jezusa.

Znowu wróciliśmy myślą i sercem nad Jordan. Aby jeszcze raz usłyszeć napomnienia Jana, aby zamyślić się nad proszącym o chrzest Jezusem. Uwierzyliśmy - Jezusowi i w Jezusa. Zarówno sama wiara, jak i pójście za Jezusem drogą Ewangelii wymagają ciągłych powrotów, nieustannego ponawiania decyzji.

Chrześcijanin każdego dnia musi wracać do źródła i początku - do sakramentalnej łaski chrztu, którą został obdarowany. Temu darowi i temu zobowiązaniu trzeba dochować wierności. Wiarę trzeba ożywiać. Wierność zasadom Ewangelii - umacniać. Tylko wtedy i tylko z Jezusem można zwyciężyć zło otaczające nas zewsząd. Zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara. A kto zwycięża świat, jeśli nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym? - pisze Apostoł Jan.

Kończy się czas Bożego Narodzenia. Kończy się czas zamyślenia nad tajemnicą Wcielenia Bożego Syna. Czas życia toczy się jednak dalej. Prorok Izajasz woła: Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! A jest blisko, bardzo blisko, skoro nie tylko narodził się jako człowiek, ale stanął pośród gromady grzeszników nad Jordanem, aby być jednym z nich. Nie przez grzech - bo zła nie popełnił. Ale przez zwycięstwo nad grzechem. Nadzieja tego zwycięstwa jest siłą i radością chrześcijan. Sam Jezus jest naszą radością i siłą.



ks. Tomasz Horak (http://liturgia.wiara.pl/doc/419977.Niedziela-Chrztu-Panskiego-B/4)