• AccountKonto parafialne: 10 1050 1344 1000 0004 0042 7753

A A A
W drodze ku doskonałości

„Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. To znane przysłowie stanowi polską wersję przepisu zawartego w starożytnym kodeksie Hammurabiego: „Oko za oko, ząb za ząb”. Trudno je pogodzić się z nakazem miłości nieprzyjaciół czy darowania urazów. To prawda, że czasem zadane zło jest tak wielkie, że nawet jeśli ktoś próbuje przebaczyć, to gdy spotyka nieprzyjaciela, pojawia się emocjonalne napięcie i rodzi niezdolność do najmniejszej pozytywnej reakcji. Czasem nawet reakcje ciała na widok wroga: nerwowe tiki, pocenie się rąk i drżenie głosu wskazują, jak wielka krzywda została wyrządzona. To tak, jak z dorosłym mężczyzną, który na samo wspomnienie swego ojca wstrzymywał oddech.

Każdy z nas w jakimś momencie życia został zraniony przez innych. Niektóre z tych zranień wymagały interwencji medycznej, w postaci założenia opatrunku, szwów, gipsu czy nawet przeprowadzenia operacji. Często jednak, zranienia te mają charakter duchowy i żaden lekarz jest w stanie nic na nie poradzić. Chodzi o urazy, które jak chwast niszczą nasze życie. Co w takiej sytuacji? Ktoś stwierdził, że „w świecie dźwigającym skutki pierwszego grzechu przebaczenie jest szczepionką przeciwko szerzeniu się zarazy zła”. Warto sobie uświadomić, że brak przebaczenia i darowania sieje spustoszenie u każdego, kto żywi w sobie urazę. Stąd chętnie darowanie urazów jest wyrazem nie tylko dobroci względem innych, ale i względem samego siebie.

Przebaczać i darować urazy to nic innego jak być dla siebie dobrym! Stąd czyjaś bezmyślność i ostre słowa typu „nie odpuszczę ci aż do grobowej deski” mogą zadać więcej bólu niż choroba czy rana fizyczna. Przemoc, brak zrozumienia, wrogość, odejście przyjaciela – to tylko niektóre przykłady bolesnych sytuacji, a zadane przez nie rany wymagają uzdrowienia wewnętrznego. Z pewnością nie da się, jak mówią małe dzieci, nie popełniać grzechów w ogóle, nie ranić innych. Możliwe jest jednak przebaczenie i zasypywanie międzyludzkich przepaści. Na tym polega prawdziwa – choć trudna – miłość.

Jezus kierując do nas swoje słowo, pragnie bronić nas przed nami samymi. Zauważmy, jeżeli ktoś żywi wobec kogoś urazy, to całe jego życie upływa na kombinowaniu, jak swojemu przeciwnikowi dołożyć, jak go poniżyć wobec innych, by poczuł naszą nienawiść; nic innego nie robi, tylko myśli o tym problemie. I taka postawa niszczy, Nie pozwala twórczo pracować, kochać, cieszyć się życiem.

Jako chrześcijanie mamy nie tylko pomnażać dobro, ale także walczyć ze złem. Walczyć ze złem to nie wybielać, nie usprawiedliwiać zła, nie tłumaczyć: „bo on musiał”, „bo ja musiałem”. Walczyć ze złem to domagać się, by skutki złych czynów zostały naprawione.

Spójrzmy w swoje serce i na swoje relacje. A potem znów spójrzmy w swoje serce i jeśli są tam urazy czy zranienie, których dokonali inni – wybaczmy. Pamiętajmy, że do przebaczenia nie można się zmusić, można natomiast wiele zrobić żeby przyszło w sposób naturalny. Ta postawa jest dla nas zbyt trudna, dlatego szukamy umocnienia w Eucharystii, u przebaczającego Jezusa. Trening czyni mistrza. A więc warto próbować! On wciąż nas wzywa: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/733557.7-Niedziela-Zwykla-A)

Nie zabijaj

W dzisiejszym fragmencie z Kazania na Górze Jezus interpretuje Prawo Boże w świetle przykazania miłości. „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Nie zabijaj», a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi”. Kieruje więc nasz wzrok do środka, do naszego serca, które stanowi centrum życia. W ten sposób Syn Boży stawia swoim uczniom wymagania, które gwarantują wejścia do królestwa niebieskiego.

Piąte przykazanie Dekalogu należy do tych, z którymi – jak nam się często wydaje – nie mamy żadnych problemów. „Nikogo nie zabiłem”, ileż to razy daje się słyszeć podobne wyznanie w zwykłych rozmowach z tak zwanymi „porządnymi katolikami”, którzy w ten sposób próbują nadać wysoką rangę swojemu chrześcijaństwu. Czy to wystarczy? Otóż nie. Aby zachować przykazanie „Nie zabijaj” jest nam potrzebny najpierw zachwyt nad życiem, afirmacja tego jakże pięknego i podstawowego daru, powołania, które jest wspólne wszystkim ludziom. Z tego powołania czerpie każde inne! Jesteśmy powołani do tego, aby żyć, aby nasze życie przeżyć uczciwie, dojrzale, aby je przeżyć w miłości, aby żyjąc – być ludźmi szczęśliwymi.

To niezwykle smutne, ilu młodych ludzi, mających po kilkanaście, czy dwadzieścia kilka lat jest znudzonych, zmęczonych życiem. Widać to nie tylko wtedy, gdy myślą o samobójstwie, co zdarza się wcale nierzadko, gdy popadają w nałogi. Widać to w tych sytuacjach, kiedy ludziom nie chce się niczego tworzyć, doskonalić, rozwijać, nie chce się przemieniać oblicza świata, w którym żyją. Życie w określonym stanie zakłada najpierw, że człowiek ceni sobie swoje życie, cieszy się swoim życiem, kocha swoje życie, jak w piosence Edyty Geppert: „Kocham cię życie / poznawać pragnę cię (…) w zachwycie”.

Dlatego tak bardzo musimy się starać i nawzajem sobie pomagać – w rodzinie, w szkole, w kościele, w gronie naszych bliskich – aby „wybierać życie”, by głosić pochwałę życia i to nie tylko pięknymi słowami, ale przede wszystkim własnym świadectwem dobrego życia, ubogaconego mądrością, uczciwością, przeżytego w wolności. Taki zachwyt nad życiem, spowoduje niewątpliwie pragnienie wzięcia odpowiedzialności za własne życie i za życie innych!

Kiedy nie szanuję życia, kiedy nie cieszę się swoim życiem i życiem innych, wtedy zabijam! Zabijam poprzez mój egoizm, brak tolerancji, pogardzanie drugim z jakichkolwiek motywów. Przykazanie mówi mi: nie zabijaj w sobie i w drugich dobra, wrażliwości, nadziei, pragnień, tęsknot, planów, ostatecznie nie zabijaj w drugim i w sobie – Chrystusa. Jednym z najstraszniejszych narzędzi zabijania jest słowo, które wypowiadamy. Słowa trzeba traktować uczciwie, to największy dar jaki Bóg dał człowiekowi – mawia rosyjskie przysłowie. Wszyscy wiemy, jak wiele dobra możemy uczynić przez słowo, które leczy, uzdrawia, przywraca nadzieję, jest znakiem troski, jest sposobem, w jaki wypowiadamy naszą miłość. Trzeba nam być hojnymi wobec innych w obdarowywaniu ich dobrym słowem. Tak, byśmy kiedyś nie musieli zapłacić za niewypowiedziane słowa, za poniechane gesty, za chwile egoizmu, które zabijają, niszczą zaufanie, oddalają, wprowadza zamęt w ludzkie relacje.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/729502.6-Niedziela-Zwykla-A)

Ujrzeć zbawienie

Święto Ofiarowanie Pańskiego obchodzi Kościół czterdzieści dni po Bożym Narodzeniu. Wiążą się z nim trzy wydarzenia: „oczyszczenie Maryi”, „wykupienie” pierworodnego Dziecka przez uiszczenie przewidzianej przez Prawo ofiary oraz „przedstawienie” Go w świątyni. Po kultowym akcie przedstawienia, czyli ofiarowania na wzór ofiar składanych przez kapłanów w Świątyni, ma miejsce scena prorocza. Prorokini Anna i sędziwy prorok Symeon jako przedstawiciele wierzącego Izraela, pod natchnieniem Bożego Ducha pozdrawiają „Mesjasza Pańskiego”.

Zatrzymajmy się przez chwilę nad postacią Symeona. Ewangelista Łukasz określa go jako człowieka sprawiedliwego i pobożnego, który i wyczekuje pociechy Izraela. Żyje on w bliskości Świątyni, w otwarciu na pełnienie woli Bożej. Jako człowiek duchowy jest wrażliwy na Boże natchnienia. Dlatego pojawia się w Świątynio w momencie, gdy wchodzi do niej Święta Rodzina. Bierze w objęcia i błogosławi Dziecię Jezus. „W tym serdecznym uścisku, jaki spadkobierca dotychczasowych dziejów zbawienia przekazuje Temu, który jest „Pociechą” nowego Izraela, widać wypełnienie i dokonanie tego, co miało przyjść” (E. Szymanek).

Symeon pełen wdzięczności wobec Władcy wyśpiewuje radosny kantyk. To pieśń, która wypełnia i wieńczy życie tego starca, a przez niego i całe Stare Przymierze, którego on jest przedstawicielem. Stanowi ona od czasów starożytnych w Kościołach Wschodu i Zachodu część modlitwy liturgicznej na zakończenie dnia. Symeon pod koniec ziemskiego życia widzi zbawczą misję, którą ma wypełnić wobec ludzkości Dziecię Jezus. To rodzi w nim pokój serca i ufność w Boże obietnice. Symeon nazywa Chrystusa „światłem na oświecenie pogan”, których wyzwala z ciemności bałwochwalstwa i grzechu, oraz „chwałą ludu Twego Izraela”. W ten sposób wskazuje, że misja Zbawiciela, zapowiedziana przez proroków, dotyczy zarówno Greków, jak i Żydów.

Po oddaniu chwały Bogu i słowach radości odnoszących się do Dzieciątka, Symeon proroczo zwiastuje krzyż. Jezus, który ma nieść światło całemu światu, ma stać się dla tego świata również znakiem sprzeciwu. W to cierpienie zostanie również włączona Maryja, której dusze przeniknie miecz boleści.

Jeśli chcemy ujrzeć zbawienie, warto stać się stałym bywalcem świątyni. Chociaż cały świat należy do Boga, to szczególnym miejscem spotkania z Nim jest Jego dom. Tu dokonuje się ofiara Nowego Przymierza, z której możemy zaczerpnąć siły do zmagania z trudną rzeczywistością. Spotkanie z Panem jest okazją, aby na nowo rozpalić w sobie Boże dary, których dawcą jest Duch Święty.

Do bycia światłem dla świata są w sposób szczególny wezwane osoby, które przez konsekrację oddają się na wyłączną służbę Bogu. Obchodzony w Kościele powszechnym od 1997 roku Dzień Życia Konsekrowanego stanowi okazję, aby osoby poświęcone Bogu odnowiły konsekrację chrztu i konsekrację zakonną oraz ponowiły ofiarowanie siebie w służbie Bogu i ludziom. Ta konsekracja służy przypomnieniu, że odpowiedzią człowieka na Bożą miłość ma być świętość życia w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie. Wszystko po to, by głosić większą chwałę Bożą i przyczyniać się do dzieła zbawiania świata.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/419980.Swieto-Ofiarowania-Panskiego)

Wierni konstytucji chrześcijaństwa

Jezus Chrystus od początku swojej publicznej misji w Galilei przekazuje mądrość Bożą. Głosi słynne Kazanie na Górze, w którym zawiera się Jego program dla nas – konstytucja chrześcijaństwa. Chcemy dzisiaj zatrzymać się nas jednym z ważnych wezwań, które zobowiązuje nas do bycia na co dzień solą ziemi i światłem świata.

„Wy jesteście światłem świata”. W wywiadzie książkowym dziennikarza Petera Seewalda z Benedyktem XVI pod tytułem „Światłość świata” (2011), autor snuje taką refleksję: „A gdy się go słucha i siedzi obok niego, czuje się nie tylko precyzję jego myślenia i nadzieję, która pochodzi z wiary, ale też w specyficzny sposób dostrzega się widzialny blask, światłości świata, oblicza Jezusa Chrystusa, który chce spotkać każdego człowieka i nie wyklucza nikogo”.

Przez chrzest staliśmy się Chrystusowi. On nas obdarował nowym życiem. Łaska chrztu pozwala nam w spotkaniu z innymi, nawet w środowisku trudnym, zachować tożsamość ucznia. Dzięki temu możemy wyraziście ukazywać odmienny od współczesnych sposób myślenia i życia. Słowo Boże uczy nas, w jaki sposób poznawać wolę Bożą i wybierać „co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe”. A to z kolei pomaga w zachowaniu otrzymanego depozytu wiary, który wskazuje na świętość jako drogę pełnego rozwoju człowieczeństwa i chrześcijaństwa. A świętość chroni przed wyborem miernoty i konformizmu, aby płynąć z prądem powierzchownych mód i przyzwyczajeń.

„Wy jesteście solą ziemi”. W 1996 roku ukazał się wywiad-rzeka pt. „Sól ziemi”. To rozmowa Petera Seewalda z kard. Josephem Ratzingerem, który stwierdza: „Metafora ‘sól ziemi’ zakłada, że nie cała ziemia jest solą. Kościół pełni funkcję, która dotyczy wszystkich, i niczego nie kopiuje, nie jest państwem. Być niejako wyłomem, który wiedzie poza świat ku światłu Boga, starać się, by cały czas była otwarta owa szczelina, przez którą może wpadać w świat powietrze – na tym polega specyficzne posłannictwo Kościoła”.

Uczniowie Jezusa, otrzymując chrzest, stają się uczestnikami przymierza z Bogiem, które trwa wiecznie. Są bardzo wartościowi i pożyteczni dla świata, gdyż niosą w sobie „smak” Jego nauki, potwierdzając jej moc własnym życiem. Jest to, jak naucza św. Paweł, „ukazywanie ducha i mocy”, aby wiara „opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej”. Uczniowie Jezusa muszą wciąż pielęgnować posiane w sobie słowo Boże, aby nie utracić „smaku” – zdolności dawania świadectwa. Chrześcijanie nie żyją bowiem wyłącznie dla siebie, ale przede wszystkim dla innych.

Aby dać sie prowadzić światłu Chrystusa, powinniśmy nasz rozwój duchowy podporządkować Dobrej Nowinie. Kiedy zagłębiamy się w lekturę słowa życia, ładujemy duchowe akumulatory, dostrzegamy w świecie ślady Bożej obecności i realizujemy swoje życiowe powołanie. Nasz świat staje się przeniknięty światłem samego Chrystusa. Wpatrzeni w Chrystusa czerpiemy ze źródła i sami stajemy się „światłem świata. Pełniąc dzieła miłosierdzia na wzór Chrystusa, stajemy się „solą ziemi”.

Nasza życiowa wspólnota z Chrystusem będzie owocować w codzienności postaw, myśli i pragnień. A to pokaże, czy jesteśmy jedynie sympatykami Chrystusa, przez zmiękczanie ewangelicznych zasad czy autentycznymi chrześcijanami.

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420083.5-Niedziela-zwykla-A)

Żyć w świetle

Pewna nastolatka wyznaje: „Nie potępiam mojego ojca wysiadującego codziennie przy pełnym jasnym. Widzę, że on też się męczy, szuka sensu w swoim życiu, też pragnie miłości. Ale jest słaby. Uległ nałogowi niszczącemu go powoli i bezlitośnie, uległ ciemności.

Lud, który siedział w ciemności, ujrzał wielkie światło. To przybył Jezus, który głosił Ewangelię o królestwie i leczył wszelkie choroby. Ciemność, mrok – to rzeczywistość lęku, niepokoju, niebezpieczeństw. Mroczny chaos ma jeden cel – zniszczyć Boża moc, ośmieszyć, zgasić Boże światło. Dlatego boimy się mroku. Współczesny „naród kroczący w ciemnościach” stanowią ludzie pozbawieni nadziei. Jest to związane z utratą pamięci i dziedzictwa chrześcijańskiego, któremu towarzyszy niewiara i obojętność religijna. Wielu ludzi nie potrafi już łączyć ewangelicznego przesłania z codziennym doświadczeniem; wzrasta trudność przeżywania osobistej wiary w Jezusa w takim kontekście społecznym i kulturowym, bo stanowi to coś niemodnego. W wielu dziedzinach publicznych łatwiej jest deklarować się jako sceptyk, wątpiący niż jako wierzący.

Z tą utratą chrześcijańskiej pamięci wiąże się swego rodzaju lęk przed przyszłością. Obraz jutra jest często bezbarwny i niepewny. Bardziej boimy się przyszłości, niż jej pragniemy. Niepokojącą oznaką tego jest między innymi wewnętrzna pustka dręcząca wielu ludzi i utrata sensu życia. Jednym z wyrazów i owoców tej egzystencjalnej udręki jest zwłaszcza dramatyczny spadek liczby urodzeń, zmniejszenie liczby powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego, trudności w podejmowaniu definitywnych wyborów życiowych – jeśli nie wprost rezygnacja – również w małżeństwie.

Jesteśmy świadkami rozpowszechnionego poczucia osamotnienia, izolacji od drugiego człowieka, znieczulicy na ludzką krzywdę i biedę czy kryzysów rodzinnych. Narasta obojętność etyczna oraz gorączkowe zabieganie o własne interesy i przywileje, spychanie najsłabszych na margines. Dostrzega się coraz mniej przejawów solidarności międzyludzkiej, co powoduje, że ludzie czują się bardziej osamotnieni, pozostawieni samym sobie, pozbawieni uczuciowego oparcia.

Ważną przyczyną gaśnięcia nadziei jest dążenie do narzucenia wizji człowieka bez Chrystusa. A Jezusowe wezwanie do nawrócenia stanowi serce religii. Owocem nawrócenia dokonującego się pod wpływem Ewangelii jest świętość tych, którzy z prostotą i w codziennym życiu dali świadectwo swej wierności Chrystusowi w ukryciu życia rodzinnego, zawodowego i społecznego.

Jezus uczy nas kroczenia w świetle. Uczy nas, jak rozpraszać duchowe mroki światłem Eucharystii. Według Ewangelii tam, gdzie pojawia się wiara chrześcijańska, tam pojawia się światło. Przed stu laty jeden z ponurych proroków filozoficznego nihilizmu zwiastującego rychły kres chrześcijaństwa głosił: „nigdy nie uwierzę chrześcijanom, jeśli ich twarze będą tak ponure”. Mówił: „Chrześcijanie! Wasze własne oblicza was zdradzają!” Jeśli wzywa się nas dziś do przeżywania światła i radości, to właśnie dlatego, by nasze oblicza mówiły coś zupełnie innego, niż to, o czym mówił ów filozof. By mówiły całemu światu: Jezus żyje!

ks. Leszek Smoliński (https://liturgia.wiara.pl/doc/420081.3-Niedziela-zwykla-A)